Niedzielni Podróżnicy: Wilno
Cze22

Niedzielni Podróżnicy: Wilno

W podróż do Wilna szykowaliśmy się już od jakiegoś czasu – to kilka godzin samochodem od Warszawy, idealnie więc pasuje na kilkudniową wizytę. W końcu, w pewien miły majowy poranek, ruszyliśmy razem ze przyjaciółmi, Rafałem i Sylwią, w drogę. Dobrym miejscem na postój na trasie jest Augustów, leżący niemal idealnie w połowie drogi. Nieco nęciło nas by zatrzymać się w piosenkowym Albatrosie, ale w końcu wybraliśmy wyżej ocenianą na internetach restaurację Pod Jabłoniami. Rafał po drodze napisał też do współpracownika wywodzącego się z Augustowa, prosząc o polecenie lokalu. SMS „Pod Jabłoniami” przyszedł akurat gdy przekraczaliśmy próg tego przybytku 😉 I faktycznie, mogę spokojnie polecić. Zatrzymywaliśmy się tam również w drodze powrotnej. Za każdym razem jedzenie było dobre, obfite i w sensownych cenach, obsługa bardzo szybka i sympatyczna. Naprawdę dobry punkt postojowy. Dalej było nieco gorzej – musieliśmy bowiem przesiąść się z krajowej nawigacji na komórkę z mapą obejmującą Litwę. Nie wyszło to tak gładko jak chcieliśmy, przez co zamiast na Ogrodniki pojechaliśmy na Suwałki i do Wilna podchodziliśmy (kręcąc przy tym nieco) od zachodu, a nie od południa. Jeśli dodać do tego dość przeciętne drogi (najlepsze co mają, A1 z Kowna do Wilna, to raczej nasza S-ka niż autostrada), to do Wilna wjechaliśmy z pewnym opóźnieniem. Razem z postojem w Augustowie, przejazd zajął nam w sumie około 8 godzin (+godzina na zmianę czasu). Byliśmy też wściekle głodni, więc po krótkim wypoczynku w hotelu (Ecotel Vilnius, dość przeciętny, dla nas szczególnie irytująca była niemożność złączenia łóżek), ruszyliśmy na miasto coś zjeść. W trakcie tego pierwszego spaceru niespecjalnie mieliśmy głowę do oglądania miasta, staraliśmy się znaleźć po prostu coś z w miarę lokalnym jedzeniem. Nie było to łatwe – mijaliśmy dużo knajp, nieco włoskich lokali, kilka susharni, ale trudno było o typowo litewskie lokale. W końcu wypatrzyliśmy obietnicę lokalnych dań na drzwiach czegoś, co wyglądało nieco sieciówkowo… No cóż, może i Forest Grill&Salad przypomina wieloma rozwiązaniami sieciówki typu TGI Fridays… Ale szczerze? Nie mam zamiaru narzekać. Jedzenie było a) bardzo smaczne b) bardzo obfite c) w bardzo przyzwoitych cenach Jedyne na co mógłbym faktycznie narzekać to nieco wolna obsługa, ale był to standard w każdym lokalu, w którym byliśmy w Wilnie. Co jedliśmy? Różne zupy (prywatnie nie lubię barszczu, ale ci z nas, którzy go lubią, byli zachwyceni, ja doceniłem gulasz), bliny (placki ziemniaczane), kugelis (rodzaj ziemniaczanego pieroga z nadzieniem), itp. Wszystko naprawdę dobre – na tyle, że następnego dnia wróciliśmy tu na obiad. A na drugą kolację nie wstąpiliśmy tylko dlatego, że trzeba było iść za daleko od naszego hotelu (i potem żałowaliśmy!) Po kolacji, najedzeni i wypoczęci, ruszyliśmy na wieczorną przechadzkę po Wilnie. Teraz dopiero mogliśmy na spokojnie docenić...

Read More
W jakich restauracjach w Warszawie warto zbankrutować?
Maj30

W jakich restauracjach w Warszawie warto zbankrutować?

Lubię dobrze zjeść. (Jakby nie było widać 😉 ) Cieszę się, że mieszkam w mieście, które umożliwia to na tak wiele sposobów. Połączenie wysokich zarobków mieszkańców, dużej ilości przyjezdnych biznesmenów oraz intensywnego trybu życia wszystkich obecnych – to wszystko czyni Warszawę idealnym miejscem dla restauratorów. A w efekcie również dla smakoszy, tudzież zwykłych żarłoków jak niżej podpisany 😉 Przez lata zdarzało nam się bywać w wielu lokalach w Warszawie. Niektóre uwielbiamy i życzymy im wielu udanych lat. Niektórych nie znosimy i kibicujemy ich szybkiemu upadkowi. O ile mowa o knajpie, gdzie zostawisz 20,30 czy 50 zł na osobę, nie jest to jeszcze tragedią. Gorzej, gdy sprawa dotyczy droższych lokali,  gdzie rachunki będą opiewały na kilkaset złotych. Dla wielu ludzi wieczór w takim lokalu będzie czymś, na co oszczędzali przez dłuższy czas. Jak sprawić, by nie były to pieniądze wyrzucone w błoto? Poniżej chciałem podzielić się moim subiektywnym przeglądem droższych lokali, jakie miałem okazję bywać, wraz z subiektywną oceną cena/jakość – czy warto zapłacić tyle za taki posiłek? L’Enfant Terrible, ul. Sandomierska 13 Restauracja francuska na Mokotowie. Niezwykle przytulne i urokliwe wnętrze. Bardzo dobre jedzenie (porcje mogłyby być większe, ale da się wyjść bez potrzeby wspierania się kebabem 😉 ). Świetny, ciepły, przyjemny klimat. Jest drogo, ale wiesz za co płacisz. Cena/jakość: 5/5, zdecydowanie warto zbankrutować 🙂 La Brasserie Moderne, ul. Królewska 11 Lokal testowany przy okazji jednego z Warsaw Restaurant Week. Ich „popisowe” menu, cóż, nie popisało się. Było to ok, ale nie zachęciło do powrotu, co w połączeniu z iście absurdalnymi cenami trunków (18 zł za butelkę wody, 25 zł za kieliszek wina domowego, 49 zł za kieliszek szampana) zdecydowanie zniechęca. Cena/jakość: 2/5, nie warto bankrutować 🙁 Bistro de Paris, plac Piłsudskiego 9 W Bistro próbowaliśmy menu degustacyjne (7 dań, 210 zł wraz z winem na osobę, dostępne tylko okazjonalnie) i było bardzo dobrze. Jedzenie nie jest tak przekombinowane jak np. w Platterze, czy Amaro, jest natomiast po prostu bardzo smaczne i w dość przyzwoitych, jak na menu degustacyjne, ilościach. Do tego bardzo przyjemna atmosfera (dużo robi też zagadujący do gości Michel Moran). Zdecydowanie w mojej czołówce na Warszawę. Cena/jakość: 5/5, zdecydowanie warto zbankrutować 🙂 Platter, Emilii Plater 49 W Platterze byliśmy dwukrotnie, raz jako goście, raz dla uczczenia naszej rocznicy ślubu. Za pierwszym razem jedliśmy dania z karty, za drugim mieliśmy menu degustacyjne. Powiedzmy sobie szczerze, Platter jest obłędnie drogi. Butelka wody kosztowała tu 30 zł (ponoć od tego czasu jeszcze podrożała – nie ma jak szybko sprawdzić, bo w menu się nie pojawia), najtańsze wino 120 zł za butelkę (najdroższe wymienione w karcie to kilka tysięcy). Do tego przy menu degustacyjnym porcje są naprawdę malutkie. Dosłownie...

Read More
Marketing albo sztuka – wybierz JEDNO
Kwi19

Marketing albo sztuka – wybierz JEDNO

Co jakiś czas w kontekście filmów lub gier spotykam się z argumentem p.t. „fani nie powinni krytykować decyzji twórców, bo jest to sztuka, a twórcy sztuki powinni mieć niezależność artystyczną!” Nie miałbym problemów z tym rozumowaniem, gdyby nie jeden kluczowy problem: w każdym z tych przypadków taka krytykowane dzieło miało zespół marketingowców, który decydował o kształcie fabuły, grupę focusową oceniającą końcówkę, itp. I w tym momencie przykro mi, ściągamy rękawiczki, podwijamy rękawy, zaczynamy się poważnie bawić. Bo jakakolwiek ochrona wynikająca z bycia „dziełem sztuki” właśnie poszła do piachu. NIE DA SIĘ pogodzić robienia czegoś pod badania focusowe ze sztuką. Jest to po prostu czysto praktycznie niemożliwe. Jeśli robisz coś pod badania focusowe, pod analizy marketingowców, to jest to produkt, nie dzieło sztuki. I nie ma nic złego w robieniu produktów. Produkty są super, oby było ich dużo i dobrych. Po prostu nie mają one ochrony jaką daje bycie dziełem sztuki. Nie można ich bronić „wolnością artystyczną”. Albo robimy film, który ma być dziełem – wyrażać COŚ, choćby publiczność tego nie zrozumiała… Albo robimy film-produkt, który ma większą szansę na sukces kasowy, oparty na wstępnych analizach marketingowych, puszczany testowym publicznościom i korygowany wedle ich reakcji. Albo robimy grę, która ma być dziełem – i wtedy wara fanom od domagania się zmiany zakończenia czy innych rozwiązań (że przywołam przypadek Mass Effect 3.) Albo robimy grę, którą projektuje się pod masowego gracza w oparciu o badania marketingowe – i wtedy kochani „twórcy” należy stulić uszy po sobie i jak gracze mówią „zróbcie tak”, to po prostu to zróbcie. Nasz klient, nasz pan. Żadna ze ścieżek nie jest lepsza ani gorsza. Widziałem tragiczne dzieła i cudne produkty. Sęk w tym, że dzieło ZAWSZE można bronić wolnością twórcy. A produktu NIGDY tak nie można...

Read More
Pozwólmy naszemu społeczeństwu się zestarzeć!
Mar24

Pozwólmy naszemu społeczeństwu się zestarzeć!

Uwaga! W artykule obowiązują zasady dyskusji. Przestrzegaj lub wylatuj, wybór należy do Ciebie. Dyskusja w tym miejscu nie jest prawem domyślnym i jest ograniczona do osób potrafiących się zachować i uargumentować swoje stanowisko. Nawet skrajnie przeciwne – ale merytoryczne. W polityce toczy się debata o to, jak przeciwdziałać starzeniu się społeczeństwa. Co zrobić, by Polacy mieli więcej dzieci? Jak zażegnać kryzys demograficzny? Niezależnie od tego jakie rozwiązania – 500+, MDM, czy inne proponowane programy się rozważa, mam wrażenie, że wszyscy tak skupili się na szukaniu rozwiązań, że nikt nie zadał sobie podstawowego pytania: czy przeciwdziałanie starzeniu się społeczeństwa ma jakikolwiek sens? Normalna nienormalność Stabilny wzrost populacji wydaje nam się czymś oczywistym, a załamanie tego trendu jawi się jako kryzys. Historycznie patrząc, to kolosalny wzrost populacji w ciągu ostatnich dwóch wieków był historycznym wyjątkiem. Przez przygniatającą większość ludzkiej historii nasza populacja była relatywnie stabilna, rosła w tempie góra 0.5-1% rocznie. Dopiero rewolucje technologiczne – przemysłowa i rolnicza – umożliwiły utrzymanie nieporównywalnie większej populacji. W 1804 na Ziemi był miliard ludzi. Podwojenie tej liczby zajęło nam 123 lata, dobicie do trzeciego miliarda już tylko 33 i od tego czasu co kilkanaście lat przybywał nas miliard. Skrajnym absurdem – choćby ze względu na ograniczoną ilość zasobów – byłoby oczekiwanie, że takie tempo może się utrzymać. Zupełnym brakiem wyobraźni jest aktywne działanie na rzecz utrzymania takiego tempa. Zaliczyliśmy historycznie nietypową eksplozję demograficzną. Najwyższy czas pogodzić się z tym, że to sytuacja abnormalna i przejść nad nią do porządku dziennego. Tym bardziej, że właśnie przekroczyliśmy szczyt narodzin – w świecie rozwiniętym już dawno, ale kilka lat temu również w krajach rozwijających się. Najbliższych 35 lat to wciąż okres wzrostu populacji, ale stricte w wyniku spadającej śmiertelności (zwłaszcza niemowląt). Szczyt populacji zaliczymy prawdopodobnie około 2050, na 10-12 miliardach (o połowę więcej ludzi niż obecnie! wyobraź sobie jakie zasoby będzie to pochłaniało!). Później tak czy tak spadek jest nieunikniony. Ludzie żyjący w dostatku i bezpieczeństwie mają mniejszą potrzebę posiadania dzieci. Uprzedzając głupie rasistowskie fantazje – tak, ludzie z wszystkich kultur. Płodność jest pochodną śmiertelności dzieci – im więcej dzieci dorasta zdrowo, tym mniej dzieci chcemy w ogóle mieć, jako gatunek. Walka z takim spadkiem populacji jest więc ze swojej natury walką z wiatrakami. Względnie, urojeniową fantazją, w której cały świat przestaje się rozmnażać, za to Polki zmieniają się w istne klacze rozpłodowe, masowo produkujące dzieci. Bez jaj! (Pun intended 😉 ). Jedyny powód, dla którego tego nie widzimy, jako społeczeństwo, to zwykła bezwładność. Tak przyzwyczailiśmy się do tymczasowego trendu, że traktujemy go jako oczywiste prawo. Jak inwestorzy giełdowi, których akcje rosną i którzy przestają wierzyć w możliwość jakichkolwiek spadków. A co z… Na rzecz przeciwdziałania spadkowi...

Read More
Tak, jesteś rasistą, ale…
Mar14

Tak, jesteś rasistą, ale…

Uwaga! W artykule obowiązują zasady dyskusji. Przestrzegaj lub wylatuj, wybór należy do Ciebie. Dyskusja w tym miejscu nie jest prawem domyślnym i jest ograniczona do osób potrafiących się zachować i uargumentować swoje stanowisko. Nawet skrajnie przeciwne – ale merytoryczne. Nie zliczę jak często spotykałem się ostatnimi czasy z deklaracjami typu „nie jestem rasistą, ALE…” Po czym oczywiście padało typowo rasistowskie* stwierdzenie. (*Tym jakie stwierdzenia są rasistowskie lub nie są, zajmiemy się poniżej.) Cóż, „bycie rasistą” sprowadza się w swojej istocie do posiadania (względnie, posiadania i demonstrowania) poglądów rasistowskich. Jeśli masz takie poglądy, a tym bardziej jeśli deklarujesz takie poglądy – jesteś rasistą. Być może jutro zmienisz swoje poglądy i przestaniesz nim być. Życzę Ci tego z całego serca. Na tą konkretną chwilę jesteś jednak rasistą i nie ma z tym co dyskutować. Skąd więc takie deklaracje? Po co w ogóle je stawiać, skoro w tym samy zdaniu zostają zaprzeczone? Odpowiedź jest prosta. Taka osoba nie mówi, że nie jest rasistą. Mówi, że nie czuje się rasistą. Myśląc o sobie, budując swoją tożsamość, nie przypisuje sobie etykietki „rasista”. Nic dziwnego. „Rasista” to jedno z tych sformułowań, które obarczone są – z pełnym uzasadnieniem – solidna społeczną niechęcią. Praktycznie nikt nie chce o sobie myśleć jako o rasiście, tak samo jak praktycznie nikt nie chce o sobie myśleć jako o naziście, idiocie, oszuście czy pedofilu. Pewnych rzeczy się po prostu o sobie nie myśli, bo przeszkadza to w utrzymaniu pozytywnej narracji na swój temat, historii w której to my jesteśmy szlachetnym bohaterem. Tylko wiesz co? Ludzie z ku-klux-klanu, klanowcy którzy dokonywali faktycznych linczów na czarnoskórych RÓWNIEŻ nie myślą ani nie myśleli o sobie jako o rasistach. Myśleli o sobie jako o odpowiedzialnych ludziach chroniących swoich bliskich! To, jak o sobie myślisz nie jest niestety żadnym sensownym kryterium oceny tego, czy jesteś rasistą czy nie. Jedynym takim kryterium są Twoje poglądy. Co to znaczy rasistowskie poglądy? Przez długi czas rasizm sprowadzany był do kwestii preferencji jednej rasy (zwykle, choć nie zawsze, białej), uważania, że ma ona naturalną przewagę nad innymi. Od ponad pół wieku koncepcja rasizmu została jednak w naukach społecznych rozbudowana i zakualizowana. Rasizm obecnie rozumiany jest również w kategoriach rasizmu kulturowego, a wiec założenia, że określone grupy etniczne i kulturowe mogą mieć naturalną i automatyczną przewagę nad innymi. Standardowo chodzi tu o założenie przewagi białej, europejskiej cywilizacji nad innymi, ale trzeba pamiętać, że do tej samej kategorii zaliczają się też inne takie poglądy. Np. podobna ideologia stała u podstaw rzezi, tortur i okrutnych eksperymentów prowadzonych przez Japończyków na podbitych terenach w czasie drugiej wojny światowej, do dziś prowadzi ona też do dyskryminacji np. rdzennych mieszkańców Okinawy w Japonii. W praktycznym...

Read More