Źli Samarytanie – przemyślenia
Lut23

Źli Samarytanie – przemyślenia

„Źli Samarytanie” autorstwa Ho-Joon Chang to trzecia istotna książka ekonomiczna, jaką miałem przyjemność przeczytać w ostatnich latach. Poprzednie to „Kapitał w XXI wieku” Piketty’ego oraz „Dług: Pierwszych 5000 lat” Graebera (tutaj i tutaj). Razem budują bardzo ciekawy – i mocno odmienny od popularnie postrzeganego – obraz współczesnej i historycznej ekonomii. Tytułowi „Źli Samarytanie” (hasło odnoszące się oczywiście do biblijnej przypowieści) to ludzie którzy chcą dobrze dla krajów rozwijających się, ale których rady, oparte na błędnych przesłankach, bardziej szkodzą niż pomagają. Chang postuluje przy tym, że większość osób dających takie rady (lub wręcz wymogi, gdy np. działają w instytucjach takich jak Bank Światowy) ma dobre intencje (choć dopuszcza też jednostki które z wyrachowaniem proponują strategie, których konsekwencją jest pozostawienie dystansu między krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się). Swoją argumentację Ho-Joon Chang opiera na analizie obfitego materiału historycznego. Poczynając od dzisiejszych gospodarczych gigantów i ich historycznych strategii rozwojowych (USA, Wielka Brytania, Europa Zachodnia), przez historie wszelkich tzw. tygrysów azjatyckich, w tym jego rodzinnej Korei, aż po przykłady, gdzie coś poszło nie tak i potencjał rozwojowy kraju uległ zatraceniu. Tekst jest precyzyjny, konkretny, bogaty w źródła i w niektórych przypadkach naprawdę otwierający oczy. Rozdział po rozdziale autor punktuje kolejne mity i wskazuje na płynące z nich zagrożenia. Rola ceł w gospodarce Neoliberalny dogmat mówi „wolny handel to dobry handel”, a cła są w nim przedstawiane jako najgorsze możliwe rozwiązanie. Utrudniają w końcu  działanie „niewidzialnej ręki rynku”, która sama w sobie ma być najmądrzejszym i absolutnym decydentem w gospodarce. Z tezą tą jest jeden kluczowy problem – państwa, które dziś zachęcają do wolnego handlu, same osiągnęły sukces gospodarczy stosując wręcz zaporowe cła i wiele innych ciekawych rozwiązań całkowicie sprzecznych z ideami wolnego rynku. Idea stojąca za wolnym handlem wywodzi się z prac Davida Ricardo, który sugerował, że każdy kraj powinien wyspecjalizować się w tych produktach, których wykonanie jest dla niego najmniej kosztowne. Jeśli wszystkie kraje świata tak by uczyniły, ich bilanse handlowe powinny być najkorzystniejsze z możliwych. Teza ta jest prawdziwa, z jednym dużym ALE. Pozostaje bowiem prawdziwa tylko tak długo, jak długo poszczególne kraje akceptują swoją pozycję. Jeśli jakiś kraj chciałby rozwinąć swój przemysł tak by za jakiś czas produkować bardziej zyskowne towary (jak np. zrobiła to Korea Południowa, w latach 50-tych znana głównie z włosów na peruki i ryb), wolny handel będzie mu w tym przeszkadzał. Lokalny przemysł jest bowiem technologicznie zacofany wobec zewnętrznej konkurencji i nadrobienie tego zacofania wymaga funduszy i czasu na bezpieczny rozwój, bez potrzeby bezpośredniej konkurencji z innymi państwami w tym obszarze. Cła dostarczają właśnie tego czasu na rozwój. Oczywiście, mogą być stosowane błędnie lub nieskutecznie. Ale dają państwom przynajmniej szanse. Takie szanse miała m.in. Wielka Brytania (zakazująca...

Read More
Recenzja: Łotr Jeden/ Rogue One
Gru27

Recenzja: Łotr Jeden/ Rogue One

Rogue One to spin-off, film sięgający do wątków pobocznych do głównej fabuły Gwiezdnych Wojen. To film wojenny, zamiast klasycznej opowieści o bohaterach. Czy udało mu się dorównać wymogom poprzedników? Postaram się unikać większych spoilerów, ale trudno bez nich dobrze mówić o filmie, więc nieco pewnie się przemknie. Krótka odpowiedź: TAK. Rogue One jest w mojej ocenie jednym z najlepszych gwiezdnowojennych filmów. Jest w stanie być równocześnie bardzo gwiezdnowojenny… i zupełnie inny. Nie sposób tutaj uciec od porównań z „drugimi nowymi Gwiezdnymi Wojnami”. Epizod VII, Przebudzenie Mocy, wręcz niewolniczo naśladował pierwsze Gwiezdne Wojny… A jednocześnie i tak nie udało mu się powtórzyć jego klimatu. Winne tu były drobiazgi, specyfika reżysera, którego własny styl przytłumił drobne rysy, które budowały klimat oryginału. Zabrakło np. specyficznej geometrii GW (przyjrzyjcie się, zwłaszcza imperialnym strukturom!) czy technofilii (długich, powolnych ujęć na wszelkie maszyny bojowe, myśliwce, itp. obecne w filmie). To sprawiło, że VII była dobrym filmem, ale startrekiem z gwiezdnowojennymi akcesoriami. Rogue One jest pełnoprawnymi Gwiezdnymi Wojnami. Jest taki mimo wyrzucenia wielu typowych akcesoriów serii w rodzaju pełzających napisów. Od początku do końca trzyma po prostu klimat oryginału. Fabularnie nie jest kliszą Nowej Nadziei, ale jakimś cudem lepiej utrzymuje dynamikę tamtego filmu. Jest przy tym zupełnie innym filmem. To nie jest opowieść o herosach, czy wręcz o osobach. Głównymi bohaterami nie są Jyn Erso, Cassian Andor czy K-2SO. Głównym złym nie jest dyrektor Orson Krennic, gubernator Tarkin czy Lord Vader. Te osoby są w filmie. Są istotne dla jego fabuły. Ale są tylko środkami narracyjnymi. Kimś, z kim widz może się na chwilę utożsamić, by lepiej zrozumieć co się dzieje. Pretekstem, by pokazać w akcji pełną złożoność prawdziwych bohaterów tego filmu. Rebelii. Imperium. To nie jest film o ludziach. To nie jest film o herosach. To opowieść o stronach konfliktu. Rebelii – dużo bardziej szarej, terrorystycznej, skłóconej wewnętrznie, podejmującej decyzje niekiedy chaotycznie i nieracjonalnie, w imię emocji. Bo koniec końców są w tak czarnej dziurze, mają tak słabą sytuację, że tylko te emocje pozwalają im wciąż działać, wciąż się starać. To motyw przewodni tego filmu dla Rebelii. „Rebelie opierają się na nadziei.” Na tych małych krokach do przodu, drobnych sukcesach ponoszonych w morzu porażek i krwawych ofiar. Imperium – potężnego molocha, który bez problemu zmiótłby Rebelię… Gdyby tylko wszyscy tam zaangażowani odłożyli na bok swoje prywatne ambicje. Tymczasem rywalizują o prestiż i uwagę Imperatora niczym dzieci o miłość rodzica. Nikomu nie przyjdzie przy tym oczywiście do głowy zwrócić uwagę na mrówki, które rozdeptują po drodze. Nawet jeśli tymi mrówkami są całe miasta pełne cywili. Albo całe imperialne bazy pełne lojalnych żołnierzy i urzędników. Dodatkowy plus za ujęcia okupowanej Jedhy – skojarzenia z okupacją Iraku przez...

Read More
Recenzja: Sługi Boże
Wrz30

Recenzja: Sługi Boże

Uwaga, choć staram się je ograniczać, recenzja może zawierać spoilery! Na początek szczera deklaracja -na SB wybrałem się tylko dlatego, że moja żona zna reżysera. Nie miałem przy tym jakichś wielkich oczekiwań. Sądziłem, że dobrze będzie, jeśli film będzie tak na 5-6. W końcu polski kryminał? Reżysera, który kryminałów dotąd nie robił? C’mon! Piszę o tym, bo oczywiście ta relacja, może jakoś wpłynąć na moją ocenę. Z drugiej strony, moje oczekiwania nie były wcale zawyżone, wręcz przeciwnie. Tymczasem Sługi Boże okazały się być filmem bardzo dobrym. Niemal świetnym (gdyby nie mocno odstająca końcówka). Przede wszystkim jest to film o bardzo gęstym klimacie, który przez większość filmu można ciąć nożem. Mnie kojarzył się przez dużą część z francuskim Vidocq’iem. (Zdaje sobie sprawę, że nie dla wszystkich będzie to rekomendacją, ale sam ten film uwielbiam.) Jest ciężko, mrocznie, niepokojąco, emocje są pokazywane zamiast wypowiadane, czuć jak buzują pod spodem. To jest świetne i jest kolosalną zaletą tego filmu. „Sługi” napisane są zgodnie z najlepszymi prawidłami kryminałów. Mamy tu przeplatające się wątki i poszlaki dotyczące każdego z nich. Mamy fałszywych podejrzanych. Mamy końcówkę, która ładnie łączy wszystkie wątki. Fabularnie jest po prostu bardzo dobrze. Być może pewne elementy są odrobinę naciągane, ale w czasie filmu tego nie czuć. (Lub raczej – naciągane są głównie te wątki, których „naciąganie” jest fabularnie uzasadnione, nie pasują dlatego, że powinny nie pasować.) Aktorsko jest w porządku – bez szału, ale i bez wpadek. Bardzo dużo dają zdjęcia. Ten film naprawdę wie jak pokazywać to, co chce nam przekazać. Dobrze naświetlone, ekspresyjne sceny. Bardzo wiele informacji o postaciach przekazywane jest niby przy okazji, w tle i zrobiono to bardzo dobrze. Mam natomiast nieco wątpliwości co do montażu. Z jednej strony naprawdę daje radę, wiele scen jest akurat na tyle krótkich, by wzbudzić u widza pewne poczucie niepokoju i niejasności, ale nie na tyle krótkich, żeby się zgubił. Wyjątkiem jest tu kilka drobnych sytuacji, gdzie mam wrażenie nadmiernego przycięcia, tak jakby czegoś zabrakło i pojawiała się scena w której jakaś postać pojawia się… od razu o czymś decyduje… i następuje zmiana sceny na inną. Czemu nie zacząć już od tej drugiej? To jednak dosłownie jedna czy dwie sytuacje w toku filmu, przez większość czasu filmu montaż działa bardzo dobrze. Dlaczego więc film tylko bardzo dobry, a nie wybitny? Końcówka. Zakończenie akcji dość dramatycznie zrywa z tym, do czego twórcy przyzwyczaili widzów. Niestety, na gorsze. – Leci na zgranych gatunkowych kliszach, których wcześniej w dużej mierze udawało się uniknąć („zostań tu, ja idę sam na nich… jak za pół godziny nie wrócę, wezwij posiłki. a, nie zostawiłem żadnych dowodów, więc jak zginiemy to ujdzie im wszystko na sucho.” czy...

Read More
Jak mieć satysfakcjonujący koniec?
Sie21

Jak mieć satysfakcjonujący koniec?

„Trzeci akt”, ostateczna walka z wielkim złym, rozwiązanie akcji, jest chyba jednym z najtrudniejszych elementów do dobrego zrobienia w filmie czy książce. Czytam i oglądam dużo, ale bardzo, bardzo rzadko spotykam choć dobre rozwiązanie akcji… A już wyjątkowo rzadko spotykam rozwiązanie genialne. Takie, które jest satysfakcjonujące aż do głębi, które przypomina mi się z wielką przyjemnością na lata po tym, gdy już skończyłem książkę. Chcę Ci opisać jedno takie rozwiązanie, wraz z wyjaśnieniem co uczyniło je aż tak dobrym. Moim złotym standardem w tej kwestii jest cykl o Felixie Castorze, autorstwa Mike’a Carreya. Indywidualnie każda z pięciu książek cyklu to po prostu średni kryminał łączący klimaty noir oraz realizmu magicznego. Nasz świat, ale z dodatkiem duchów, zombie (zwłok opętanych przez duchy), zwierzołaków (ludzi opętanych przez duchy zwierząt) oraz demonów. Tytułowy Felix Castor to cyniczny detektyw-egzorcysta (świecki) obdarzony zdolnością widzenia duchów. Cynizm służy ukrywaniu głębokiego poczucia winy, Castor bowiem popełnił duży błąd i uwięził potężnego demona w ciele swojego przyjaciela, Rafiego. Jeśli kojarzy Ci się to nieco z Johnem Constantine, to nie bez powodu – Mike Carey był wszak jednym z autorów kultowego Hellblazera. Rafi, niekiedy kontrolowany przez demona Asmodeusza, przewija się przez wszystkich pięć tomów cyklu. Zwykle w cieniu, podczas wizyt Felixa lub jego przyjaciół w szpitalu psychiatrycznym w którym Rafi jest uwięziony… Albo pociągając za sznurki niektórych spraw, w które zostaje wplątany Castor . Przez cztery tomy skutecznie buduje to postać potężnego antagonisty. Jednocześnie antagonisty, którego nie można ot tak zabić (nawet, gdyby się miało do tego środki), bo zajmuje ciało sojusznika… Zabijając wroga, zabijamy też przyjaciela… A potem, pod koniec czwartego tomu, Asmodeusz przejmuje pełną kontrolę nad Rafim, ucieka ze szpitala i rozpoczyna radosną rzeź wszystkich kontaktów Castora, systematycznie niszcząc jego życie. Ostateczna walka, do której zmierza cała książka, jest absolutnym majstersztykiem. Nie tylko dlatego, że jest po prostu świetnie napisaną sceną akcji, ale przede wszystkim dlatego, że absolutnie wszyscy sojusznicy Castora wykorzystują wszystkie swoje już wcześniej wprowadzone możliwości, by razem w końcu wygnać Asmodeusza. (W świecie nakreślonym przez Careya demonów nie można zabić, można je jedynie wygnać z naszego świata.) Ten finał jest genialny, ponieważ czytelnik ma ogromne poczucie tego, że wszystko co dotychczas czytał było po coś. Każda postać ma swoją rolę do odegrania. Każda moc ma swoje zastosowanie. To, jak zbudowany został świat ma prawdziwe, głębokie znaczenie. I daje to potężny efekt. A Asmodeusz i tak jest na tyle potężny, że bierze na siebie kolejne razy… obezwładnia lub przełamuje kolejne siły na niego rzucone… Aż w końcu, rzutem na  taśmę, zostaje pokonany. Jest to świetne, bo daje czytelnikowi poczucie, że każda postać była po coś. Jakby zabrakło nawet jednego elementu układanki, to by nie...

Read More
Recenzja: Suicide Squad
Sie18

Recenzja: Suicide Squad

Szczerze i absolutnie nie potrafię zrozumieć, czemu ten film ma tak kiepskie recenzje. Nie tylko ja zresztą. Wg. Rotten Tomatoes, krytycy dają „Legionowi Samobójców” wycisk, jedynie 26% recenzji jest pozytywnych, a średnia to 4.7/10. Wśród widzów ten wynik wynosi jednak aż 69%, a średnia to 3.7/5 (czyli odpowiednik 7.4/10)! Jak łatwo domyślić się z tego wprowadzenia, sam też Suicide Squad (do polskiego tytułu się nie przekonam polubiłem). Czy to najlepszy film o superbohaterach, jaki widziałem? Nie. Deadpool, Avengersi, Guardians of the Galaxy czy drugi Kapitan Ameryka są moim zdaniem lepsze. Ale biorąc pod uwagę dotychczasowe filmy DC, SS to krok w bardzo, bardzo dobrym kierunku. Wydaje mi się, że krytycy mogli się zawieść oczekując kolejnego Deadpoola – bo to jest takie teraz cool i chic, łamać 4 ścianę i w ogóle. Tyle, że to tak nie działa. Deadpool jest humorystycznym podejściem do świata Marvela, który sam w sobie jest dość kolorowy i radosny. Czasem krwiście kolorowy, ale hej, największy antyheros Marvela przez wiele lat, Wolverine, nosił żółto-niebieski spandex! Jasne, są wyjątki jak Punisher czy cykle Ultimate, ale generalnie Marvel jest dużo bardziej energiczny i zabawny niż DC. Gdy w DC pojawia się humor, jest to humor cyniczny i czarny jak dobra turecka kawa. Wisielczy humor rodem z Constantine’a czy właśnie Suicide Squad. (Jasne, są wyjątki, są lżejsze wątki w DC itp., ale ogólny klimat DC jest mroczniejszy i bardziej poważny niż Marvela – i filmy to odwzorowują.) I Suicide Squad bardzo dobrze odwzorowuje ten klimat. Jest miejscami zabawnie, ale to zabawa rodem z ostatniego balu w mieście ogarniętym zarazą. Wadą SS jest niewątpliwie fakt, że DC musi Marvela doganiać. Nie ma gotowej ekipy rozpoznawalnych postaci, musi więc w jednym (dość krótkim jak na współczesne standardy, bo tylko dwugodzinnym) filmie wprowadzić cały szereg osób. Tu moim zdaniem ktoś trochę spaprał, bo DC nie ma wprawdzie wielu filmów w nowym rzucie, ale ma świetnie rozwinięty świat serialowy i jestem pewien, że fani by się nie obrazili gdyby na ekranie pojawili się serialowi Flash, Kapitan Bumerang czy Amanda Waller (dobra, formalnie nie żyje, ale to świat komiksów, tam co i rusz okazuje się, że umarł czyjś klon czy inny macguffin). Tym bardziej, ze serialowy Deadshot nie żyje i można by go spokojnie zastąpić nowym, czyli Smithem. To powiedziawszy, nowe postacie generalnie rzecz biorąc dają radę. Smith gra siebie, ale tego charyzmatycznego siebie z Dnia Niepodległości, nie tego palanta z After Earth. Margo Robbie jako Harley Quin kradnie wszystkie sceny (choć fakt, że to wdzięczna rola). Pozostali członkowie SS byli ok – za mało czasu, by naprawdę ich jakoś rozbudować. No, może za wyjątkiem Katany, która po prostu mnie irytowała – coś w...

Read More
Niedzielni Podróżnicy: Wilno
Cze22

Niedzielni Podróżnicy: Wilno

W podróż do Wilna szykowaliśmy się już od jakiegoś czasu – to kilka godzin samochodem od Warszawy, idealnie więc pasuje na kilkudniową wizytę. W końcu, w pewien miły majowy poranek, ruszyliśmy razem ze przyjaciółmi, Rafałem i Sylwią, w drogę. Dobrym miejscem na postój na trasie jest Augustów, leżący niemal idealnie w połowie drogi. Nieco nęciło nas by zatrzymać się w piosenkowym Albatrosie, ale w końcu wybraliśmy wyżej ocenianą na internetach restaurację Pod Jabłoniami. Rafał po drodze napisał też do współpracownika wywodzącego się z Augustowa, prosząc o polecenie lokalu. SMS „Pod Jabłoniami” przyszedł akurat gdy przekraczaliśmy próg tego przybytku 😉 I faktycznie, mogę spokojnie polecić. Zatrzymywaliśmy się tam również w drodze powrotnej. Za każdym razem jedzenie było dobre, obfite i w sensownych cenach, obsługa bardzo szybka i sympatyczna. Naprawdę dobry punkt postojowy. Dalej było nieco gorzej – musieliśmy bowiem przesiąść się z krajowej nawigacji na komórkę z mapą obejmującą Litwę. Nie wyszło to tak gładko jak chcieliśmy, przez co zamiast na Ogrodniki pojechaliśmy na Suwałki i do Wilna podchodziliśmy (kręcąc przy tym nieco) od zachodu, a nie od południa. Jeśli dodać do tego dość przeciętne drogi (najlepsze co mają, A1 z Kowna do Wilna, to raczej nasza S-ka niż autostrada), to do Wilna wjechaliśmy z pewnym opóźnieniem. Razem z postojem w Augustowie, przejazd zajął nam w sumie około 8 godzin (+godzina na zmianę czasu). Byliśmy też wściekle głodni, więc po krótkim wypoczynku w hotelu (Ecotel Vilnius, dość przeciętny, dla nas szczególnie irytująca była niemożność złączenia łóżek), ruszyliśmy na miasto coś zjeść. W trakcie tego pierwszego spaceru niespecjalnie mieliśmy głowę do oglądania miasta, staraliśmy się znaleźć po prostu coś z w miarę lokalnym jedzeniem. Nie było to łatwe – mijaliśmy dużo knajp, nieco włoskich lokali, kilka susharni, ale trudno było o typowo litewskie lokale. W końcu wypatrzyliśmy obietnicę lokalnych dań na drzwiach czegoś, co wyglądało nieco sieciówkowo… No cóż, może i Forest Grill&Salad przypomina wieloma rozwiązaniami sieciówki typu TGI Fridays… Ale szczerze? Nie mam zamiaru narzekać. Jedzenie było a) bardzo smaczne b) bardzo obfite c) w bardzo przyzwoitych cenach Jedyne na co mógłbym faktycznie narzekać to nieco wolna obsługa, ale był to standard w każdym lokalu, w którym byliśmy w Wilnie. Co jedliśmy? Różne zupy (prywatnie nie lubię barszczu, ale ci z nas, którzy go lubią, byli zachwyceni, ja doceniłem gulasz), bliny (placki ziemniaczane), kugelis (rodzaj ziemniaczanego pieroga z nadzieniem), itp. Wszystko naprawdę dobre – na tyle, że następnego dnia wróciliśmy tu na obiad. A na drugą kolację nie wstąpiliśmy tylko dlatego, że trzeba było iść za daleko od naszego hotelu (i potem żałowaliśmy!) Po kolacji, najedzeni i wypoczęci, ruszyliśmy na wieczorną przechadzkę po Wilnie. Teraz dopiero mogliśmy na spokojnie docenić...

Read More