W jakich restauracjach w Warszawie warto zbankrutować?
Maj30

W jakich restauracjach w Warszawie warto zbankrutować?

Lubię dobrze zjeść. (Jakby nie było widać 😉 ) Cieszę się, że mieszkam w mieście, które umożliwia to na tak wiele sposobów. Połączenie wysokich zarobków mieszkańców, dużej ilości przyjezdnych biznesmenów oraz intensywnego trybu życia wszystkich obecnych – to wszystko czyni Warszawę idealnym miejscem dla restauratorów. A w efekcie również dla smakoszy, tudzież zwykłych żarłoków jak niżej podpisany 😉 Przez lata zdarzało nam się bywać w wielu lokalach w Warszawie. Niektóre uwielbiamy i życzymy im wielu udanych lat. Niektórych nie znosimy i kibicujemy ich szybkiemu upadkowi. O ile mowa o knajpie, gdzie zostawisz 20,30 czy 50 zł na osobę, nie jest to jeszcze tragedią. Gorzej, gdy sprawa dotyczy droższych lokali,  gdzie rachunki będą opiewały na kilkaset złotych. Dla wielu ludzi wieczór w takim lokalu będzie czymś, na co oszczędzali przez dłuższy czas. Jak sprawić, by nie były to pieniądze wyrzucone w błoto? Poniżej chciałem podzielić się moim subiektywnym przeglądem droższych lokali, jakie miałem okazję bywać, wraz z subiektywną oceną cena/jakość – czy warto zapłacić tyle za taki posiłek? L’Enfant Terrible, ul. Sandomierska 13 Restauracja francuska na Mokotowie. Niezwykle przytulne i urokliwe wnętrze. Bardzo dobre jedzenie (porcje mogłyby być większe, ale da się wyjść bez potrzeby wspierania się kebabem 😉 ). Świetny, ciepły, przyjemny klimat. Jest drogo, ale wiesz za co płacisz. Cena/jakość: 5/5, zdecydowanie warto zbankrutować 🙂 La Brasserie Moderne, ul. Królewska 11 Lokal testowany przy okazji jednego z Warsaw Restaurant Week. Ich „popisowe” menu, cóż, nie popisało się. Było to ok, ale nie zachęciło do powrotu, co w połączeniu z iście absurdalnymi cenami trunków (18 zł za butelkę wody, 25 zł za kieliszek wina domowego, 49 zł za kieliszek szampana) zdecydowanie zniechęca. Cena/jakość: 2/5, nie warto bankrutować 🙁 Bistro de Paris, plac Piłsudskiego 9 W Bistro próbowaliśmy menu degustacyjne (7 dań, 210 zł wraz z winem na osobę, dostępne tylko okazjonalnie) i było bardzo dobrze. Jedzenie nie jest tak przekombinowane jak np. w Platterze, czy Amaro, jest natomiast po prostu bardzo smaczne i w dość przyzwoitych, jak na menu degustacyjne, ilościach. Do tego bardzo przyjemna atmosfera (dużo robi też zagadujący do gości Michel Moran). Zdecydowanie w mojej czołówce na Warszawę. Cena/jakość: 5/5, zdecydowanie warto zbankrutować 🙂 Platter, Emilii Plater 49 W Platterze byliśmy dwukrotnie, raz jako goście, raz dla uczczenia naszej rocznicy ślubu. Za pierwszym razem jedliśmy dania z karty, za drugim mieliśmy menu degustacyjne. Powiedzmy sobie szczerze, Platter jest obłędnie drogi. Butelka wody kosztowała tu 30 zł (ponoć od tego czasu jeszcze podrożała – nie ma jak szybko sprawdzić, bo w menu się nie pojawia), najtańsze wino 120 zł za butelkę (najdroższe wymienione w karcie to kilka tysięcy). Do tego przy menu degustacyjnym porcje są naprawdę malutkie. Dosłownie...

Read More
Marketing albo sztuka – wybierz JEDNO
Kwi19

Marketing albo sztuka – wybierz JEDNO

Co jakiś czas w kontekście filmów lub gier spotykam się z argumentem p.t. „fani nie powinni krytykować decyzji twórców, bo jest to sztuka, a twórcy sztuki powinni mieć niezależność artystyczną!” Nie miałbym problemów z tym rozumowaniem, gdyby nie jeden kluczowy problem: w każdym z tych przypadków taka krytykowane dzieło miało zespół marketingowców, który decydował o kształcie fabuły, grupę focusową oceniającą końcówkę, itp. I w tym momencie przykro mi, ściągamy rękawiczki, podwijamy rękawy, zaczynamy się poważnie bawić. Bo jakakolwiek ochrona wynikająca z bycia „dziełem sztuki” właśnie poszła do piachu. NIE DA SIĘ pogodzić robienia czegoś pod badania focusowe ze sztuką. Jest to po prostu czysto praktycznie niemożliwe. Jeśli robisz coś pod badania focusowe, pod analizy marketingowców, to jest to produkt, nie dzieło sztuki. I nie ma nic złego w robieniu produktów. Produkty są super, oby było ich dużo i dobrych. Po prostu nie mają one ochrony jaką daje bycie dziełem sztuki. Nie można ich bronić „wolnością artystyczną”. Albo robimy film, który ma być dziełem – wyrażać COŚ, choćby publiczność tego nie zrozumiała… Albo robimy film-produkt, który ma większą szansę na sukces kasowy, oparty na wstępnych analizach marketingowych, puszczany testowym publicznościom i korygowany wedle ich reakcji. Albo robimy grę, która ma być dziełem – i wtedy wara fanom od domagania się zmiany zakończenia czy innych rozwiązań (że przywołam przypadek Mass Effect 3.) Albo robimy grę, którą projektuje się pod masowego gracza w oparciu o badania marketingowe – i wtedy kochani „twórcy” należy stulić uszy po sobie i jak gracze mówią „zróbcie tak”, to po prostu to zróbcie. Nasz klient, nasz pan. Żadna ze ścieżek nie jest lepsza ani gorsza. Widziałem tragiczne dzieła i cudne produkty. Sęk w tym, że dzieło ZAWSZE można bronić wolnością twórcy. A produktu NIGDY tak nie można...

Read More
Pozwólmy naszemu społeczeństwu się zestarzeć!
Mar24

Pozwólmy naszemu społeczeństwu się zestarzeć!

Uwaga! W artykule obowiązują zasady dyskusji. Przestrzegaj lub wylatuj, wybór należy do Ciebie. Dyskusja w tym miejscu nie jest prawem domyślnym i jest ograniczona do osób potrafiących się zachować i uargumentować swoje stanowisko. Nawet skrajnie przeciwne – ale merytoryczne. W polityce toczy się debata o to, jak przeciwdziałać starzeniu się społeczeństwa. Co zrobić, by Polacy mieli więcej dzieci? Jak zażegnać kryzys demograficzny? Niezależnie od tego jakie rozwiązania – 500+, MDM, czy inne proponowane programy się rozważa, mam wrażenie, że wszyscy tak skupili się na szukaniu rozwiązań, że nikt nie zadał sobie podstawowego pytania: czy przeciwdziałanie starzeniu się społeczeństwa ma jakikolwiek sens? Normalna nienormalność Stabilny wzrost populacji wydaje nam się czymś oczywistym, a załamanie tego trendu jawi się jako kryzys. Historycznie patrząc, to kolosalny wzrost populacji w ciągu ostatnich dwóch wieków był historycznym wyjątkiem. Przez przygniatającą większość ludzkiej historii nasza populacja była relatywnie stabilna, rosła w tempie góra 0.5-1% rocznie. Dopiero rewolucje technologiczne – przemysłowa i rolnicza – umożliwiły utrzymanie nieporównywalnie większej populacji. W 1804 na Ziemi był miliard ludzi. Podwojenie tej liczby zajęło nam 123 lata, dobicie do trzeciego miliarda już tylko 33 i od tego czasu co kilkanaście lat przybywał nas miliard. Skrajnym absurdem – choćby ze względu na ograniczoną ilość zasobów – byłoby oczekiwanie, że takie tempo może się utrzymać. Zupełnym brakiem wyobraźni jest aktywne działanie na rzecz utrzymania takiego tempa. Zaliczyliśmy historycznie nietypową eksplozję demograficzną. Najwyższy czas pogodzić się z tym, że to sytuacja abnormalna i przejść nad nią do porządku dziennego. Tym bardziej, że właśnie przekroczyliśmy szczyt narodzin – w świecie rozwiniętym już dawno, ale kilka lat temu również w krajach rozwijających się. Najbliższych 35 lat to wciąż okres wzrostu populacji, ale stricte w wyniku spadającej śmiertelności (zwłaszcza niemowląt). Szczyt populacji zaliczymy prawdopodobnie około 2050, na 10-12 miliardach (o połowę więcej ludzi niż obecnie! wyobraź sobie jakie zasoby będzie to pochłaniało!). Później tak czy tak spadek jest nieunikniony. Ludzie żyjący w dostatku i bezpieczeństwie mają mniejszą potrzebę posiadania dzieci. Uprzedzając głupie rasistowskie fantazje – tak, ludzie z wszystkich kultur. Płodność jest pochodną śmiertelności dzieci – im więcej dzieci dorasta zdrowo, tym mniej dzieci chcemy w ogóle mieć, jako gatunek. Walka z takim spadkiem populacji jest więc ze swojej natury walką z wiatrakami. Względnie, urojeniową fantazją, w której cały świat przestaje się rozmnażać, za to Polki zmieniają się w istne klacze rozpłodowe, masowo produkujące dzieci. Bez jaj! (Pun intended 😉 ). Jedyny powód, dla którego tego nie widzimy, jako społeczeństwo, to zwykła bezwładność. Tak przyzwyczailiśmy się do tymczasowego trendu, że traktujemy go jako oczywiste prawo. Jak inwestorzy giełdowi, których akcje rosną i którzy przestają wierzyć w możliwość jakichkolwiek spadków. A co z… Na rzecz przeciwdziałania spadkowi...

Read More
Tak, jesteś rasistą, ale…
Mar14

Tak, jesteś rasistą, ale…

Uwaga! W artykule obowiązują zasady dyskusji. Przestrzegaj lub wylatuj, wybór należy do Ciebie. Dyskusja w tym miejscu nie jest prawem domyślnym i jest ograniczona do osób potrafiących się zachować i uargumentować swoje stanowisko. Nawet skrajnie przeciwne – ale merytoryczne. Nie zliczę jak często spotykałem się ostatnimi czasy z deklaracjami typu „nie jestem rasistą, ALE…” Po czym oczywiście padało typowo rasistowskie* stwierdzenie. (*Tym jakie stwierdzenia są rasistowskie lub nie są, zajmiemy się poniżej.) Cóż, „bycie rasistą” sprowadza się w swojej istocie do posiadania (względnie, posiadania i demonstrowania) poglądów rasistowskich. Jeśli masz takie poglądy, a tym bardziej jeśli deklarujesz takie poglądy – jesteś rasistą. Być może jutro zmienisz swoje poglądy i przestaniesz nim być. Życzę Ci tego z całego serca. Na tą konkretną chwilę jesteś jednak rasistą i nie ma z tym co dyskutować. Skąd więc takie deklaracje? Po co w ogóle je stawiać, skoro w tym samy zdaniu zostają zaprzeczone? Odpowiedź jest prosta. Taka osoba nie mówi, że nie jest rasistą. Mówi, że nie czuje się rasistą. Myśląc o sobie, budując swoją tożsamość, nie przypisuje sobie etykietki „rasista”. Nic dziwnego. „Rasista” to jedno z tych sformułowań, które obarczone są – z pełnym uzasadnieniem – solidna społeczną niechęcią. Praktycznie nikt nie chce o sobie myśleć jako o rasiście, tak samo jak praktycznie nikt nie chce o sobie myśleć jako o naziście, idiocie, oszuście czy pedofilu. Pewnych rzeczy się po prostu o sobie nie myśli, bo przeszkadza to w utrzymaniu pozytywnej narracji na swój temat, historii w której to my jesteśmy szlachetnym bohaterem. Tylko wiesz co? Ludzie z ku-klux-klanu, klanowcy którzy dokonywali faktycznych linczów na czarnoskórych RÓWNIEŻ nie myślą ani nie myśleli o sobie jako o rasistach. Myśleli o sobie jako o odpowiedzialnych ludziach chroniących swoich bliskich! To, jak o sobie myślisz nie jest niestety żadnym sensownym kryterium oceny tego, czy jesteś rasistą czy nie. Jedynym takim kryterium są Twoje poglądy. Co to znaczy rasistowskie poglądy? Przez długi czas rasizm sprowadzany był do kwestii preferencji jednej rasy (zwykle, choć nie zawsze, białej), uważania, że ma ona naturalną przewagę nad innymi. Od ponad pół wieku koncepcja rasizmu została jednak w naukach społecznych rozbudowana i zakualizowana. Rasizm obecnie rozumiany jest również w kategoriach rasizmu kulturowego, a wiec założenia, że określone grupy etniczne i kulturowe mogą mieć naturalną i automatyczną przewagę nad innymi. Standardowo chodzi tu o założenie przewagi białej, europejskiej cywilizacji nad innymi, ale trzeba pamiętać, że do tej samej kategorii zaliczają się też inne takie poglądy. Np. podobna ideologia stała u podstaw rzezi, tortur i okrutnych eksperymentów prowadzonych przez Japończyków na podbitych terenach w czasie drugiej wojny światowej, do dziś prowadzi ona też do dyskryminacji np. rdzennych mieszkańców Okinawy w Japonii. W praktycznym...

Read More
„Internet – czas się bać” – przemyślenia
Mar03

„Internet – czas się bać” – przemyślenia

„Internet – czas się bać” Wojciecha Orlińskiego to dość ciekawa analiza współczesnego internetu, zarówno z perspektywy historycznej, jak i przyszłych możliwości. Jak również – jak sam tytuł wskazuje – zagrożeń, jakie są z tym związane. Nie powiem, żebym zgadzał się ze wszystkim, co WO pisze, tym niemniej są to uwagi niewątpliwie warte poznania i przemyślenia. Poniżej nieco moich obserwacji, podsumowań i przemyśleń z tego tomiku. * Podstawową tezą Orlińskiego jest sugestia, że internet powinien być traktowany jako usługi komunalne. Usługi tego rodzaju – takie jak woda czy prąd – nie do końca mogą podlegać wolnemu rynkowi. Nie jest bowiem realistyczne, żebyś miał w kuchni 10 kurków od różnych dostawców i odkręcał akurat ten, którego właściciel oferuje Ci najlepsze stawki. Nie jest również realistyczne – przynajmniej przy zachowaniu obecnych standardów cywilizacyjnych – żeby elektrownie podlegały w pełni wolnemu rynkowi i jeśli akurat zbankrutują, to niech padają, a ludzie czekają bez prądu kilka lat, do czasu aż konkurencja zbuduje własną sieć elektryczną. Niezbędny jest pewien państwowy nadzór nad tymi usługami i firmami je dostarczającymi, choćby z tego powodu, że gdyby takiego nadzoru zabrakło, wrogie państwa mogłyby de facto sparaliżować dane państwo wykupując kilka kluczowych firm i zawieszając ich działalność na dwa-trzy tygodnie. Orliński postuluje, że internet stał się obecnie tego rodzaju usługą. Czy chcemy, czy nie, staje się on coraz bardziej niezbędny dla naszego funkcjonowania, a im więcej osób korzysta z niego (lub z jego podusług, np. Facebooka), tym mniejszy wybór mają wszyscy. Bo jaki wybór ma uczeń, którego wychowawczyni wszystkie informacje klasowe umieszcza w grupie na Facebooku? Jaki wybór masz, gdy padają kolejne lokalne księgarnie? Po prostu trzeba kupować w necie… A jeśli jeszcze nie trzeba, to za jaki czas stanie się to po prostu jedyną opcją… Co więcej, o czym Orliński nie wspomina, zapewne ze względu na termin wydania książki – Chiny już poszły tu o krok dalej. Ich państwowy odpowiednik Facebooka docelowo ma być wykorzystywany m.in. do decydowania o zdolności kredytowej… a z drugiej strony działa jako mechanizm presji społecznej, subtelnie zniechęcający do znajomości z osobami o dysydenckich poglądach (i zachęcający do „prawilnych” znajomości). I wszystko byłoby fajnie, tylko w necie to Google, Facebook i inne radosne korporacje mają tu prawa absolutne, bez jakichkolwiek możliwości odwołania. Jeśli nie spodobasz się facebookowi, pyk i Cię nie ma. I nie masz opcji protestować. Dlatego sam absolutnie nie rozumiem firm, które nie mają własnych domen, ograniczając się tylko do strony na facebooku. Poleganie na humorach amerykańskiego giganta jest skrajnie absurdalne. Ba, taka władza korporacji idzie nawet dalej. Amazon ma np. prawo zmienić treść książek, które kupiłeś od nich na Kindle… bez Twojej zgody i bez Twojej wiedzy. Wystarczy, że komuś coś...

Read More
Być albo nie być, czyli lekturowe absurdy…
Lut15

Być albo nie być, czyli lekturowe absurdy…

Przez dużą część podstawówki (byłem jednym z ostatnich roczników „8-latki”) byłem w klasie z rozszerzonym angielskim. Mieliśmy naprawdę świetnego nauczyciela, nic więc dziwnego, że dość spora część mojej klasy w 7 i 8 roku trafiła do finału olimpiady z angielskiego. Tam, w ramach jednego z zadań mieliśmy zaprezentować jakiś tekst na pamięć, wszyscy przygotowaliśmy słynny monolog z Hamleta. Podobno zrobiliśmy wielkie wrażenie i mocno się wyróżnialiśmy na tle innych uczestników. Tyle tylko, że gdy teraz patrzę na to wstecz, zachodzę w głowę jak można to było zrobić. Jak skrzywiony mieliśmy system edukacji, aby dać 13-14 latkom ten monolog? Przecież nie ma opcji, żeby któreś z nas – dzieciaków, co tu dużo mówić -faktycznie ten monolog zrozumiało. Ba, jakby któreś zrozumiało, to zamiast na olimpiadę należałoby nas posłać do psychologa – i to bynajmniej nie szkolnego, ale na solidną terapię. Bo to przecież rozważania niedoszłego samobójcy… To co napiszę nie będzie zapewne niczym odkrywczym. Tego rodzaju głosy pojawiały się już przecież nie raz. Jednak myślę, że warto i tak do nich wracać. Ileś takich wiadomości w końcu osiągnie pewną wartość krytyczną i może rozpocząć jakąś zmianę… Nasz kanon lektur jest idiotyczny. Nie, żeby tylko nasz – ten sam problem mają w zasadzie na całym świecie. Jakiś bystrzak wpadł na pomysł, że pewne książki to klasyka, standard, po prostu trzeba je znać. Tyle tylko, że to tak nie działa. Książki są dziełami sztuki. Sztuka ma wzbudzać pewne emocje. Aby móc faktycznie odczuć pewne emocje dzięki sztuce, potrzebujemy ich przynajmniej liznąć samemu. Tak, by mieć jakiś punkt odniesienia, coś, co może zostać pobudzone przez sztukę. Jeśli nie miałeś nigdy myśli samobójczych, nie zrozumiesz dylematu Hamleta, a tym bardziej nie będziesz go w stanie dobrze odegrać. Jeśli nigdy nie tęskniłeś do miłości z jakiegoś powodu zabronionej, Romeo i Julia czy Tristian i Izolda będą trudni do przetrawienia. Ba, Romeo i Julia jest w ogóle nie do zrozumienia z perspektywy 14 czy 15 latka, ta sztuka nabiera sensu i drugiego dna dopiero z perspektywy 30-latka, który rozumie, że gdyby Romek i Julka się nie załatwili… to ich młodzieńcze zauroczenie pewnie szybko by przeszło, tak jak to często w tym wieku bywa. A jak zrozumieć tą obsesję polskich autorów n.t. przyrody, nie liznąwszy stepów, na które byli zesłani i tej wypalonej, wyblakłej roślinności? Nic dziwnego, że rodzima, soczysta roślinność pamiętana z ojczyzny tak wgryzła im się w głowę… Czy to się komuś podoba czy nie, ogromna część literatury i sztuki ma doświadczeniowy próg wejścia. Nie zrozumie się jej, jeśli nie ma się na koncie pewnych doświadczeń. Zmuszając dzieciaki do zapoznania się z taką sztuką przedwcześnie robimy im po prostu ogromną krzywdę. Nie poznają one klasyków...

Read More