Cyfrowe planszówki
Sty16

Cyfrowe planszówki

Kolejny art wysłany swego czasu na konkurs CD-Action. Herezja! Skandal! Kto to widział, żeby gry planszowe – gry towarzyskie! – próbować przenosić na komputer czy tablet! Teraz to już ludzie zupełnie zerwą ze sobą kontakty i będą tylko przez te fejzbuki i skajpaje się komunikować! Wyizolują się! Znikną więzi społeczne! I wtedy właśnie nas podbiją Chińczycy! Czy to ma sens? Zostawmy jednak w spokoju dziadka Zegrzysława i jego tyrady i zastanówmy się nad tym, czy komputerowe wersje gier planszowych mają jakiś sens? Oczywiście, w pewnym sensie planszówki były dostępne na komputerze w zasadzie od zawsze. W końcu elektroniczne wersje szachów czy warcabów są stare jak świat. Jednak dopiero w ostatnich latach, zwłaszcza za sprawą Ipada, pojawił się prawdziwy boom na przenoszenie gier planszowych do cyfrowego formatu. Nie dotyczy on przy tym wyłącznie tabletów – na PC pojawiły się m.in. Memoir 44 czy Ticket to Ride, zbliża się premiera Talismana. Zalew gier Serwis IPad Board Games wymienia obecnie ponad 150 tytułów planszówek wydanych w wersji na tablet. W momencie, w którym większość zapalonych planszówkowców ma w swojej kolekcji może 20-30 „normalnych” tytułów*, oferta ta okazuje się naprawdę bogata – i cały czas rośnie. Tak więc ktoś te gry ewidentnie kupuje. Może się to wydawać pewnym paradoksem, biorąc pod uwagę, że jednak (jak sugerował dziadek Zegrzysław) jedną z głównych zalet gier planszowych jest to, że można w nie grać towarzysko, siadając ze znajomymi przy stole i młócąc do rana. Dlaczego więc rezygnować z tego na rzecz gry na tablecie? Jasne, można zawsze grać online, ale tak w sumie – po co? *Oczywiście, są i osoby mające ich kilkaset Zagrałbym, ale to za dużo roboty Podstawową odpowiedzą, stanowiącą moim zdaniem główne wyjaśnienie fenomenu cyfrowych gier, jest fakt, że są one po prostu nieporównywalnie bardziej przystępne jeśli mamy po prostu ochotę na szybką partyjkę. Większość fizycznych gier wymaga bowiem nieco czasu na przygotowanie rozgrywki. Trzeba wyjąć planszę i figurki, przetasować karty, rozłożyć żetony… Nawet w przypadku gier, które szybko się szykuje zajmuje to jakieś 5 minut. W przypadku bardziej złożonych tytułów potrafi to zająć nawet pół godziny i samemu zdarzało mi się być na tyle zmęczonym na koniec układania gry, że po prostu dawałem sobie z nią spokój. Speedy Gonzales W wersji elektronicznej całe przygotowanie zajmuje jakieś 10-20 sekund. Również w trakcie rozrywki gra często robi dużo żmudnej roboty za gracza, podliczając automatycznie punkty, ograniczając i wyraźnie pokazując możliwe ruchy, itp. Niby to drobiazgi, ale drobiazgi niejednokrotnie zmieniające grę przeciętną w bardzo przyjemną. Tak jest np. w przypadku Memoir 44 (dostępnego na Steam) czy Eclipse (dostępnego na IOS). Normalnie gry te mają masę żetonów, figurek, kart, itp. a przygotowanie rozgrywki zajmuje strasznie długo...

Read More
Nie opowiadaj, pokazuj
Sty16

Nie opowiadaj, pokazuj

Tekst napisany swego czasu na konkurs do CD-Action, gdy szukali redaktorów 😉 Nawet przeszedł dalej, podobnie jak inny mój tekst w innym podobnym konkursie, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że po prostu nie mam czasu na taką alternatywną karierę 😉 Jest jedna zasada, którą tłucze się do głów wszystkim kandydatom na pisarzy i scenarzystów: „jeśli chcesz, by odbiorca naprawdę wziął sobie coś do serca, nie opowiadaj o tym – pokaż to!” Kruszyna demonstracji jest cenniejsza od tony deklaracji W zasadzie tej chodzi o to, że jeśli chcemy, by dana postać była postrzegana jako posiadająca miękkie serce, to nie piszemy dialogu, w którym jej przyjaciel mówi „A, bo Ty to masz miękkie serce.” Zamiast tego dodajemy krótką scenę, albo nawet element sceny, w której postać karmi bezdomnego kota. Jeśli dana postać jest bałaganiarzem – niech jej dom będzie mocno zagracony. A jeśli nasza strona dostaje po tyłku w wojnie, to nie wystarczy, by to powiedzieć, gracz musi tego doświadczyć, najlepiej samemu obrywając i musząc się ewakuować. Niestety, choć zasada ta jest regularnie wbijana wszystkim do głowy, niewielu pisarzy czy scenarzystów bierze ją do siebie – także wśród scenarzystów gier. Weźmy na warsztat dwie przykładowe gry, które podchodzą do podobnego wyzwania w zupełnie inny sposób: wojna w Final Fantasy VIII i w Mass Effect 3. Ta pierwsza jest przykładem na to, jak dobrze zrobić „pokazywanie, nie opowiadanie”*. Ta druga jest natomiast przykładem na to, jak można tą zasadę koncertowo spaprać. Ponieważ większość czytelników lepiej kojarzy ME3, zacznijmy od tej ostatniej i tego, co tam nie wyszło (uwaga, spoilery). *W kontekście wojny, bo kilka innych scenarzyści FFVIII spaprali pod tym względem. Kto naprawdę jest wrogiem? Nie mam zamiaru tu odnosić się do kwestii „gwiezdnego dziecka” i finału trylogii. Obydwie kwestie były opisywane i omawiane aż do bólu i wątpię, bym był w stanie dodać do nich coś więcej. Zamiast tego chciałem zająć się inną, pozornie oczywistą kwestią. Kto jest głównym przeciwnikiem w Mass Effect 3? Według materiałów marketingowych i zamiarów twórców mieli to by być chyba Żniwiarze. Wredni, potworni, wszechpotężni. To nam cały czas się opowiada. A co widzimy? Jeśli przyjrzymy się tylko temu, co w grze widzimy, temu z kim głównie walczymy, temu kto zadaje nam najbardziej bolesne emocjonalnie straty, temu kto zdołał nas pokonać? Cóż, wtedy ewidentnym staje się, że głównym wrogiem w grze nie są Żniwiarze, tylko ludzka organizacja Cerberus. Żałośni Bogowie Tytułowy Efekt Masy mógłby się odnosić do ilości pokonanych w ciągu całej trylogii „niezniszczalnych” Żniwiarzy… W pierwszej części gry ginie, podczas bitwy w kosmosie, ultrapotężny i wspierany przez flotę Gethów żniwiarz Sovereign. A przecież statki kosmiczne wtedy stosowane były skrajnie prymitywne w porównaniu z dostępnymi...

Read More
Uchodźcy, imigranci i cała rzeka mitów
Wrz13

Uchodźcy, imigranci i cała rzeka mitów

Uwaga! W artykule obowiązują zasady dyskusji. Przestrzegaj lub wylatuj, wybór należy do Ciebie. Dyskusja w tym miejscu nie jest prawem domyślnym i jest ograniczona do osób potrafiących się zachować i uargumentować swoje stanowisko. Nawet skrajnie przeciwne – ale merytoryczne. Powiedzmy sobie szczerze, temat uchodźców oraz imigrantów z bliskiego wschodu JEST tematem złożonym. Są w tej kwestii realne problemy, które trzeba przemyśleć i postaram się niektóre z nich również wymienić pod koniec artykułu. Żeby jednak móc zająć się realnymi problemami, trzeba najpierw wyczyścić całą masę bredni, kłamstw i mitów, jakie wokół tematu panują. Po prostu, nie sposób trafnie zdiagnozować realny zakres problemu, jeśli obok prawdziwych jego przejawów mamy ogromną ilość fikcyjnych. Wyobrażasz sobie lekarza, który musi diagnozować chorobę gdy pacjent wymyśla dwadzieścia nieistniejących objawów, kłamie na temat dziesięciu istniejących i przedstawia pięć prawdziwych? No właśnie. Podobnie tutaj – tak, są realne problemy z uchodźcami. Są też realne problemy z imigrantami. Właśnie dlatego, że trzeba się nimi zająć, warto najpierw nieco przeczyścić atmosferę i pozbyć się mitów i fikcji. Btw. dla wygody, pomijając punkty gdzie ma to szczególne znaczenie, będę używał terminu „imigranci” mówiąc zarówno o uchodźcach, jak i o imigrantach. Tak naprawdę granice między tymi dwiema grupami są nieco płynne – uchodźca ze strefy wojny może być jednocześnie imigrantem, ludzie rzadko kiedy mają tylko jedną motywację. A, jeszcze jedno – jest praktycznie pewne, że art ten nie ujmie wszystkich popularnych mitów w temacie, co jakiś czas mogę więc do niego wracać i go uaktualniać. Czemu to piszesz? Nie, nie płacą mi żadne liberalne think tanki czy inni illuminaccy władcy świata (to powiedziawszy, jeśli ktoś ma ochotę zacząć, nie ma problemu, nr konta podaje na priva 🙂 ) 😉 Szanuję prawdę i fakty. Uważam, że powinny być absolutną podstawą jakiejkolwiek debaty. Staram się robić co mogę by się do tego przyczynić. Niedobrze mi się robi gdy widzę stężenie nienawiści wobec Muzułmanów kropka w kropkę pasujące do np. stężenia nienawiści wobec Żydów w okolicy drugiej wojny światowej. Czysto praktycznie, jest to złe, żałosne i niegodne ludzi – i trzeba temu przeciwdziałać. A tak czysto egoistycznie – mam dość ciemną karnację, czarne włosy, często noszę bródkę. (Edit: Żona twierdzi, że nie często, a zawsze i nie bródkę a brodę 😉 Niech będzie.) Na lotniskach często jestem kontrolowany 😉 Wolałbym nie dostać w zęby od jakiegoś rozochoconego nienawiścią rasową narodowca tylko dlatego, że zbyt mu wyglądałem na „obcego”. To powiedziawszy, przejdźmy do konkretów 🙂 Nieco twardych danych: 1) Argument demograficzny: nie możemy przyjąć imigrantów, gdyż rozmnażają się tak szybko, że nawet jeśli przyjmiemy niewielką grupę, to szybko zaleją nas dziećmi. Dane na temat urodzin są akurat łatwe do zdobycia i zweryfikowania, to jedne z...

Read More
Nieco faktów o broni palnej
Cze22

Nieco faktów o broni palnej

Uwaga! Temat drażliwy, wiec obowiązują wszystkie kryteria dyskusji z bloga – chcesz dyskutować, dyskutuj merytorycznie albo się pożegnamy. Przy okazji ostatniego ataku terrorystycznego w Charleston – bo był to atak terrorystyczny mający na celu zastraszyć mniejszość rasową, nazywajmy te rzeczy po imieniu – powrócił temat broni palnej. Pomyślałem, że warto więc zebrać nieco twardych danych pokazujących, czemu ograniczony dostęp do broni palnej to bardzo dobry pomysł. Żadnej propagandy, żadnych haseł. Zwykłe, twarde dane, obnażające fantazje większości fanów broni palnej. Bo powiedzmy sobie szczerze – większość tego, co myślimy sobie na temat broni palnej, to dla przytłaczającej większości z nas zwykłe fantazje. Efekt filmów i gier, a nie rzeczywistej znajomości tematu. Nawet jeśli jesteś policjantem czy masz przeszkolenie wojskowe, jest duża szansa, że nigdy do nikogo nie strzelałeś – nie wspominając o reszcie z nas, którzy mogli mieć do czynienia z bronią palną co najwyżej na strzelnicy. Wbrew pozorom ma to bardzo duże konsekwencje. Sprawia, że mamy określone, nierealne oczekiwania odnośnie broni palnej, które wpływają na nasze podejście do polityki dostępności do tejże broni. 1. Zabójcza-albo-i-nie Broń Obecny rekord w ilości przeżytych równoczesnych postrzeleń to (w zależności od źródeł) 20 do 27 strzałów. Tyle kul zaliczył pewnej nocy Angel Alvarez w Harlemie w Nowym Jorku. Trzy lata później został aresztowany za handel narkotykami, więc jak widać nie był nawet później trwale unieruchomiony. Oczywiście, pojedyncza kula również może zabić, lub przynajmniej pozbawić przytomności. Niekiedy na miejscu, zwłaszcza jeśli trafisz w mózg, ale i to nie zawsze. Wbrew popularnym wyobrażeniom, jeśli wciąż żyjesz gdy trafisz do szpitala, masz spore szanse na przeżycia nawet postrzału prosto w serce (śmiertelność jedynie ok. 25%! Patrz np. TUTAJ). Co istotne, nawet przy strzale w głowę ryzyko śmierci wynosi jedynie około 50%! (Patrz np. TUTAJ, najlepiej dane z pełnego artykułu.) Niektórych ludzi nie zatrzyma od razu nawet bezpośredni strzał ze strzelby! Adrenalina czyni cuda. Dlaczego o tym piszę? Dlaczego jest to szalenie ważne? Ponieważ gry i filmy nauczyły nas, że o ile nie strzelamy do zombiaków (albo ktoś nie strzela do nas), jeden celny strzał równa się jeden zgon. (Nie, żeby broń palna była pod tym względem wyjątkowa, te same bzdury filmy uskuteczniają względem broni białej.) To daje nam podstawy do przyjemnej fantazji p.t. „jak mnie zaatakują, to wyciągnę broń i ich zastrzelę”, względnie „jakbym to ja był na Utoi i miał pistolet, to bym Breivika zastrzelił”. Sęk w tym, że nawet gdybyś trafił, to jest duża szansa, że trafiona osoba dalej będzie mobilna. Adrenalina ją znieczuli, strzał nie powstrzyma, a ona powstrzyma Ciebie, skutecznie. Zakładając, że w ogóle byś trafił, albo wręcz zdążył oddać strzał – ale o tym za chwilę. 2. Pistolet kontra nóż Jeśli...

Read More
Nieco ciekawostek z antropologii ekonomii
Maj27

Nieco ciekawostek z antropologii ekonomii

Czytam sobie właśnie „Debt: The first 5000 years” Davida Graebera. Autor jest zawodowo profesorem antropologii w Londyńskiej Szkole Ekonomii, a ideologicznie anarchistą. To drugie niezbyt mi pasuje, ale w zakresie tego pierwszego pisze bardzo ciekawe rzeczy. Na tyle ciekawe, że chciałbym nieco z  nich przytoczyć. Jak to zwykle bywa, takie artykuły mogą być dla kogoś interesujące, a dla mnie stanowią okazję do podsumowania i przemyślenia pewnych kwestii. Pisząc o czymś układasz to sobie sam lepiej w głowie – lubię z tej metody korzystać i chętnie to robię. 1. Rynek -> Pieniądz -> Dług? Było dokładnie odwrotnie! Jedną z podstawowych koncepcji w ekonomii, ideą tak głęboko osadzonych, że w zasadzie traktowanych jako prawda objawiona, jest rzekoma historia powstania pieniędzy i długu. Teoria ta, wywodząca się jeszcze z „Bogactwa narodów” Adama Smitha, mówiła, że na początku ludzie produkowali na swoje potrzeby. Następnie, gdy mieli więcej dóbr niż potrzebowali, zaczęli tworzyć rynki handlowe i stosować barter – wymianę rzeczy za inne. Gdy barter robił się zbyt złożony, wymyślili pieniądze by go uprościć i uczynić wygodniejszym. A gdy były pieniądze, pojawiła się opcja bycia komuś ich dłużnym. Historia ta brzmi logicznie, ma sens. Ma też jedną, kluczową wadę – nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Antropolodzy na całym świecie nie znaleźli ANI JEDNEJ społeczności „barterowej”. Żadnej! Barter jest czymś, na co ludzie, owszem, decydują się – ale tylko jeśli WCZEŚNIEJ żyli w społeczności korzystającej z pieniędzy, a z jakiegoś powodu (wojna, gigantyczna inflacja, itp.) przestało to być możliwe. Nie istnieją natomiast teoretyzowane przez Smitha pierwotne społeczności, opierające się na barterze. Cała teoria po prostu leży w konfrontacji z empirycznymi faktami. O czym antropolodzy marudzili już przeszło od stu lat, ale dopiero zaczyna się ich słuchać. W rzeczywistości, antropologiczne źródła sugerują wzorzec wręcz odwrotny. Najpierw jest dług. Potem są pieniądze. Potem, ewentualnie, pojawia się klasycznie rozumiana wymiana barterowa i rynki. 2. Handlujesz z obcymi, ze swoimi współpracujesz Jedną z podstawowych obserwacji antropologicznych jest fakt, że w pierwotnych społecznościach w ogóle nie ma idei barteru między sąsiadami, członkami plemienia czy mieszkańcami wioski. Handel tego typu jest czymś, co robi się z obcymi, z ludźmi z którymi nie będziemy mieli prawdopodobnie nigdy więcej do czynienia – więc nie ma większego problemu jeśli poczują się oszukani na wymianie. Często przyjmuje wręcz formę zrytualizowanej agresji, pozostając o krok od agresji prawdziwej i bardzo namacalnej. Obiekty pożądania w takiej międzyplemiennej wymianie handlowej są często dosłownie wyrywane drugiej stronie, niczym łupy wojenne. Niekiedy pojawia się rytualna przemoc, udawane okładanie drugiej strony bronią, markowane groźby. Gdy któraś ze stron przesadzi, wyrwie wynegocjowany obiekt chwile za wcześnie, itp., łatwo może się to zmienić w jatkę. To wszystko ma jednak miejsce MIĘDZY OBCYMI....

Read More
Chłopczyk w sukience, czyli nieco o Gender
Lut06

Chłopczyk w sukience, czyli nieco o Gender

W końcu, mimo mocnego oporu, przez sejm przeszła Konwencja o Przeciwdziałaniu Przemocy w Rodzinie. Opór przeciwko konwencji opierał się, w dużej mierze, na zarzutach o promowaniu „ideologii gender”, która dla typowego jej przeciwnika równa się obrazom przebierania chłopczyków w przedszkolu w sukienki. Różowe. Co jest oczywiście i bezdyskusyjnie ogromną zbrodnią przeciwko wielowiekowej tradycji. Od dawien dawna bowiem mali chłopcy nosili spodnie (zwykle niebieskie), a małe dziewczynki sukienki. Białe albo różowe. To oczywiste i tak było zawsze! No… pod warunkiem, że przez „zawsze” rozumiemy „od połowy XX wieku”, to owszem. Słodka dziewczynka, prawda? Ta sukienka, te włoski. Jak dorośnie, na pewno będzie śliczną młodą dam… AAAAA!!! Skąd tu ten facet? Zmieniła płeć, zaraza jedna, szatańskie genderowe transseksualne nasienie! Co? Nie było żadnej zmiany płci? Ten facet zawsze tam był? Dokładnie. Ta „dziewczynka” to młody Franklin Delano Roosevelt, przyszły prezydent USA. Za jego czasów małe dzieci obydwu płci ubierano w ubrania unisex, sukienki. Zwykle białe, bo najłatwiej było prać. Nie wierzysz? Tutaj Ernest Hemmingway na spacerze z siostrą. Które jest które? Idea ubrań pozwalających rozróżnić dzieci na pierwszy rzut oka jest w rzeczywistości bardzo świeża i w dużej mierze była zagrywką marketingową. Pomyśl – jeśli ubrania są unisex, to z dużym prawdopodobieństwem stare ubranko córeczki możesz użyć na synka gdy się narodzi i vice versa. Ale jeśli ubrania są przypisane do płci, to musisz już kupić oddzielne! Podwójny zysk! Jeszcze ciekawiej było z kolorami. Gdy już bowiem zaczęto rezygnować z bieli na rzecz popularnych do dziś pasteli, wcale nie było jasne jaki kolor pasuje dla którego dziecka. W 1918 katalogi reklamowe sugerowały np. że różowy, jako kolor bardziej dynamiczny i silny pasuje dla młodych chłopców, a niebieski, jako kolor zwiewny i delikatny, jest idealny dla młodych dziewczynek! Inne katalogi dopasowywały kolor ubranek do koloru włosów lub oczu. Dopiero pod koniec lat 40-tych XX wieku, po II wojnie światowej, producenci podjęli decyzję za społeczeństwo i zdecydowali, że „niebieski dla chłopczyków, różowy dla dziewczynek”. I tak to się już utarło i stało się tak oczywiste, że dziś wydaje nam się nie do pomyślenia, że kiedykolwiek mogło być inaczej. Podobnie zresztą z zabawkami. Sto lat temu generalnie większość dzieci miało szczęście jeśli miało JAKĄŚ zabawkę i takie rzeczy jak „zabawki dla dziewczyn” czy „zabawki dla chłopców” były skrajną fanaberią. Zarówno chłopcy jak i dziewczynki bawili się lalkami, itp. Dopiero wzrost majętności i wolnych środków finansowych doprowadził do powstania oddzielnych nurtów rynkowych i specjalizacji w zabawkach dla dziewczynek i chłopców. Innymi słowy – nasze obecne stereotypy i wyobrażenia n.t. tego jak powinno się ubierać i czym powinny się bawić małe dzieci nie mają absolutnie nic wspólnego z „wieloletnią tradycją”, „tradycją chrześcijańską”, ani żadnym innym hasłem,...

Read More