Recenzja: Łotr Jeden/ Rogue One
Gru27

Recenzja: Łotr Jeden/ Rogue One

Rogue One to spin-off, film sięgający do wątków pobocznych do głównej fabuły Gwiezdnych Wojen. To film wojenny, zamiast klasycznej opowieści o bohaterach. Czy udało mu się dorównać wymogom poprzedników? Postaram się unikać większych spoilerów, ale trudno bez nich dobrze mówić o filmie, więc nieco pewnie się przemknie. Krótka odpowiedź: TAK. Rogue One jest w mojej ocenie jednym z najlepszych gwiezdnowojennych filmów. Jest w stanie być równocześnie bardzo gwiezdnowojenny… i zupełnie inny. Nie sposób tutaj uciec od porównań z „drugimi nowymi Gwiezdnymi Wojnami”. Epizod VII, Przebudzenie Mocy, wręcz niewolniczo naśladował pierwsze Gwiezdne Wojny… A jednocześnie i tak nie udało mu się powtórzyć jego klimatu. Winne tu były drobiazgi, specyfika reżysera, którego własny styl przytłumił drobne rysy, które budowały klimat oryginału. Zabrakło np. specyficznej geometrii GW (przyjrzyjcie się, zwłaszcza imperialnym strukturom!) czy technofilii (długich, powolnych ujęć na wszelkie maszyny bojowe, myśliwce, itp. obecne w filmie). To sprawiło, że VII była dobrym filmem, ale startrekiem z gwiezdnowojennymi akcesoriami. Rogue One jest pełnoprawnymi Gwiezdnymi Wojnami. Jest taki mimo wyrzucenia wielu typowych akcesoriów serii w rodzaju pełzających napisów. Od początku do końca trzyma po prostu klimat oryginału. Fabularnie nie jest kliszą Nowej Nadziei, ale jakimś cudem lepiej utrzymuje dynamikę tamtego filmu. Jest przy tym zupełnie innym filmem. To nie jest opowieść o herosach, czy wręcz o osobach. Głównymi bohaterami nie są Jyn Erso, Cassian Andor czy K-2SO. Głównym złym nie jest dyrektor Orson Krennic, gubernator Tarkin czy Lord Vader. Te osoby są w filmie. Są istotne dla jego fabuły. Ale są tylko środkami narracyjnymi. Kimś, z kim widz może się na chwilę utożsamić, by lepiej zrozumieć co się dzieje. Pretekstem, by pokazać w akcji pełną złożoność prawdziwych bohaterów tego filmu. Rebelii. Imperium. To nie jest film o ludziach. To nie jest film o herosach. To opowieść o stronach konfliktu. Rebelii – dużo bardziej szarej, terrorystycznej, skłóconej wewnętrznie, podejmującej decyzje niekiedy chaotycznie i nieracjonalnie, w imię emocji. Bo koniec końców są w tak czarnej dziurze, mają tak słabą sytuację, że tylko te emocje pozwalają im wciąż działać, wciąż się starać. To motyw przewodni tego filmu dla Rebelii. „Rebelie opierają się na nadziei.” Na tych małych krokach do przodu, drobnych sukcesach ponoszonych w morzu porażek i krwawych ofiar. Imperium – potężnego molocha, który bez problemu zmiótłby Rebelię… Gdyby tylko wszyscy tam zaangażowani odłożyli na bok swoje prywatne ambicje. Tymczasem rywalizują o prestiż i uwagę Imperatora niczym dzieci o miłość rodzica. Nikomu nie przyjdzie przy tym oczywiście do głowy zwrócić uwagę na mrówki, które rozdeptują po drodze. Nawet jeśli tymi mrówkami są całe miasta pełne cywili. Albo całe imperialne bazy pełne lojalnych żołnierzy i urzędników. Dodatkowy plus za ujęcia okupowanej Jedhy – skojarzenia z okupacją Iraku przez...

Read More
Recenzja: Sługi Boże
Wrz30

Recenzja: Sługi Boże

Uwaga, choć staram się je ograniczać, recenzja może zawierać spoilery! Na początek szczera deklaracja -na SB wybrałem się tylko dlatego, że moja żona zna reżysera. Nie miałem przy tym jakichś wielkich oczekiwań. Sądziłem, że dobrze będzie, jeśli film będzie tak na 5-6. W końcu polski kryminał? Reżysera, który kryminałów dotąd nie robił? C’mon! Piszę o tym, bo oczywiście ta relacja, może jakoś wpłynąć na moją ocenę. Z drugiej strony, moje oczekiwania nie były wcale zawyżone, wręcz przeciwnie. Tymczasem Sługi Boże okazały się być filmem bardzo dobrym. Niemal świetnym (gdyby nie mocno odstająca końcówka). Przede wszystkim jest to film o bardzo gęstym klimacie, który przez większość filmu można ciąć nożem. Mnie kojarzył się przez dużą część z francuskim Vidocq’iem. (Zdaje sobie sprawę, że nie dla wszystkich będzie to rekomendacją, ale sam ten film uwielbiam.) Jest ciężko, mrocznie, niepokojąco, emocje są pokazywane zamiast wypowiadane, czuć jak buzują pod spodem. To jest świetne i jest kolosalną zaletą tego filmu. „Sługi” napisane są zgodnie z najlepszymi prawidłami kryminałów. Mamy tu przeplatające się wątki i poszlaki dotyczące każdego z nich. Mamy fałszywych podejrzanych. Mamy końcówkę, która ładnie łączy wszystkie wątki. Fabularnie jest po prostu bardzo dobrze. Być może pewne elementy są odrobinę naciągane, ale w czasie filmu tego nie czuć. (Lub raczej – naciągane są głównie te wątki, których „naciąganie” jest fabularnie uzasadnione, nie pasują dlatego, że powinny nie pasować.) Aktorsko jest w porządku – bez szału, ale i bez wpadek. Bardzo dużo dają zdjęcia. Ten film naprawdę wie jak pokazywać to, co chce nam przekazać. Dobrze naświetlone, ekspresyjne sceny. Bardzo wiele informacji o postaciach przekazywane jest niby przy okazji, w tle i zrobiono to bardzo dobrze. Mam natomiast nieco wątpliwości co do montażu. Z jednej strony naprawdę daje radę, wiele scen jest akurat na tyle krótkich, by wzbudzić u widza pewne poczucie niepokoju i niejasności, ale nie na tyle krótkich, żeby się zgubił. Wyjątkiem jest tu kilka drobnych sytuacji, gdzie mam wrażenie nadmiernego przycięcia, tak jakby czegoś zabrakło i pojawiała się scena w której jakaś postać pojawia się… od razu o czymś decyduje… i następuje zmiana sceny na inną. Czemu nie zacząć już od tej drugiej? To jednak dosłownie jedna czy dwie sytuacje w toku filmu, przez większość czasu filmu montaż działa bardzo dobrze. Dlaczego więc film tylko bardzo dobry, a nie wybitny? Końcówka. Zakończenie akcji dość dramatycznie zrywa z tym, do czego twórcy przyzwyczaili widzów. Niestety, na gorsze. – Leci na zgranych gatunkowych kliszach, których wcześniej w dużej mierze udawało się uniknąć („zostań tu, ja idę sam na nich… jak za pół godziny nie wrócę, wezwij posiłki. a, nie zostawiłem żadnych dowodów, więc jak zginiemy to ujdzie im wszystko na sucho.” czy...

Read More
Recenzja: Suicide Squad
Sie18

Recenzja: Suicide Squad

Szczerze i absolutnie nie potrafię zrozumieć, czemu ten film ma tak kiepskie recenzje. Nie tylko ja zresztą. Wg. Rotten Tomatoes, krytycy dają „Legionowi Samobójców” wycisk, jedynie 26% recenzji jest pozytywnych, a średnia to 4.7/10. Wśród widzów ten wynik wynosi jednak aż 69%, a średnia to 3.7/5 (czyli odpowiednik 7.4/10)! Jak łatwo domyślić się z tego wprowadzenia, sam też Suicide Squad (do polskiego tytułu się nie przekonam polubiłem). Czy to najlepszy film o superbohaterach, jaki widziałem? Nie. Deadpool, Avengersi, Guardians of the Galaxy czy drugi Kapitan Ameryka są moim zdaniem lepsze. Ale biorąc pod uwagę dotychczasowe filmy DC, SS to krok w bardzo, bardzo dobrym kierunku. Wydaje mi się, że krytycy mogli się zawieść oczekując kolejnego Deadpoola – bo to jest takie teraz cool i chic, łamać 4 ścianę i w ogóle. Tyle, że to tak nie działa. Deadpool jest humorystycznym podejściem do świata Marvela, który sam w sobie jest dość kolorowy i radosny. Czasem krwiście kolorowy, ale hej, największy antyheros Marvela przez wiele lat, Wolverine, nosił żółto-niebieski spandex! Jasne, są wyjątki jak Punisher czy cykle Ultimate, ale generalnie Marvel jest dużo bardziej energiczny i zabawny niż DC. Gdy w DC pojawia się humor, jest to humor cyniczny i czarny jak dobra turecka kawa. Wisielczy humor rodem z Constantine’a czy właśnie Suicide Squad. (Jasne, są wyjątki, są lżejsze wątki w DC itp., ale ogólny klimat DC jest mroczniejszy i bardziej poważny niż Marvela – i filmy to odwzorowują.) I Suicide Squad bardzo dobrze odwzorowuje ten klimat. Jest miejscami zabawnie, ale to zabawa rodem z ostatniego balu w mieście ogarniętym zarazą. Wadą SS jest niewątpliwie fakt, że DC musi Marvela doganiać. Nie ma gotowej ekipy rozpoznawalnych postaci, musi więc w jednym (dość krótkim jak na współczesne standardy, bo tylko dwugodzinnym) filmie wprowadzić cały szereg osób. Tu moim zdaniem ktoś trochę spaprał, bo DC nie ma wprawdzie wielu filmów w nowym rzucie, ale ma świetnie rozwinięty świat serialowy i jestem pewien, że fani by się nie obrazili gdyby na ekranie pojawili się serialowi Flash, Kapitan Bumerang czy Amanda Waller (dobra, formalnie nie żyje, ale to świat komiksów, tam co i rusz okazuje się, że umarł czyjś klon czy inny macguffin). Tym bardziej, ze serialowy Deadshot nie żyje i można by go spokojnie zastąpić nowym, czyli Smithem. To powiedziawszy, nowe postacie generalnie rzecz biorąc dają radę. Smith gra siebie, ale tego charyzmatycznego siebie z Dnia Niepodległości, nie tego palanta z After Earth. Margo Robbie jako Harley Quin kradnie wszystkie sceny (choć fakt, że to wdzięczna rola). Pozostali członkowie SS byli ok – za mało czasu, by naprawdę ich jakoś rozbudować. No, może za wyjątkiem Katany, która po prostu mnie irytowała – coś w...

Read More
Recenzja: Ekscentrycy
Sty25

Recenzja: Ekscentrycy

Ekscentrycy to przyjemna, lekka komedia muzyczna. Bardzo dobre kreacje aktorskie – zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe. Ciekawe postacie. Świetna muzyka (przynajmniej, jeśli lubisz jazz). Fabian, były żołnierz w armii Andersa wraca w 1957 z emigracji. Trafia do sanatorium w Ciechocinku, gdzie pracuje jego siostra (i zarazem jedyna ocalała z wojny i komunistycznej zawieruchy krewna). Przywozi ze sobą dość duży majątek (wygrany, jak się później okazuje, w karty), pozwalający mu na komfortowe życie, oraz ogromną miłość do swingu. Przypadkowa rozmowa z lokalnym policjantem prowadzi go do stworzenia jazzowego big-bandu, dodającego nieco radości dla komunistycznego świata. Gwiazdą zespołu staje się skryta Modesta, nauczycielka angielskiego… Na tym etapie większość recenzji jakie widziałem dodaje „ale ich działania nie podobają się władzom komunistycznego reżimu”… Tyle tylko, że to nie do końca prawda. To znaczy owszem, taki wątek pojawia się, ale, z zegarkiem w ręku, na jakieś osiem minut od pojawienia się napisów końcowych. To zresztą największa słabość tego filmu – oglądając miałem wrażenie, że drugi akt jest nieco zbyt długi i czekałem na trzeci… tylko po to by odkryć, że to co oglądałem to już był trzeci akt. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale końcówka była dla mnie największym problemem w tym filmie, mam wrażenie jakby był on urwany, jakby scenariusz miał jeszcze materiał na jakieś 30 minut, po czym ktoś stwierdził „za drogo, za długo, skończył nam się budżet, to nie ma sensu, koniec.” Kurtyna. Oczywiście może to być kwestia tego, że linia fabularna filmu wpisuje się w pewną klisze fabularną i po prostu zabrakło mi dopełnienia tej kliszy. Normalnie wygląda ona tak: Akt pierwszy:młody pasjonat realizuje swoją pasję i angażuje innych, pokonując pierwsze przeciwności Akt drugi: sukces i czerpanie z niego korzyści Akt trzeci: gwałtowny kryzys, inne zaangażowane wcześniej osoby wspierają pasjonata i w końcu po wspólnych zmaganiach udaje mu się pokonać ten kryzys, po czym odnosi wielki sukces. Kurtyna. Klasyczna, prosta ale zawsze angażująca historia. Widzieliśmy to milion razy, a i tak chętnie obejrzymy milion pierwszy. Tymczasem w Ekscentrykach cała fabuła kończy się an etapie… „inne  zaangażowane wcześniej osoby wspierają pasjonata”. Kurtyna. Nie ma nic o pokonaniu kryzysu, nic o końcowym sukcesie. Przy ogólnym zadowoleniu z filmu kończyłem więc lekko zagubiony. Co nie zmienia faktu, że film polecam. 4, może nawet 4+/5...

Read More
Krótki, arbitralny przegląd seriali ;)
Lis16

Krótki, arbitralny przegląd seriali ;)

Kilka opinii n.t. współczesnych seriali. 100% subiektywne i stronnicze 🙂 1. DC-Versum Powiedzmy sobie wprost: Marvel/Disney wie jak robić filmy ze swoimi postaciami.  DC za to wie jak robić seriale. Gotham – korona seriali z uniwersum DC, a jednocześnie chyba najbardziej oryginalny z nich. Świetny pomysł, jakim było cofnięcie zegara i zrobienie prequela do historii o Batmanie. Błyskotliwe osadzenie w głównej roli tytułowego miasta, Gotham, mrocznego bliźniaka Nowego Yorku. Bardzo dobre postacie, ogromna ilość smaczków dla osób nawet pobieżnie obeznanych z uniwersum Batmana no i nieodżałowany Cameron Monaghan jako Jerome Valeska. Co prawda brak nieco napięcia, gdyż wiadomo, że pewne postacie przeżyć muszą… Ale i tutaj scenarzyści potrafią nie raz zakpić z oczekiwań publiki. 5/5 – wysoce polecane. Oglądam. Constantine – serial był to średni, a mimo to strasznie żałuję, że został odwołany. Z banalnie prostego powodu. Matt Ryan BYŁ Johnem Constantine. Nie grał go, on nim był. IDEALNE dopasowanie aktora do roli i to roli świetnej. Fakt, ten Constantine był nieco mniejszym draniem niż w komiksach (tu skazując przyjaciela na bolesną śmierć opiekował się nim do końca, w komiksie sprzedał go znajomemu szamanowi/mafiozowi). Nie zmienia to faktu, że zachował wystarczającą mieszankę cynizmu i cwaniactwa by być po prostu świetnym. Szkoda, ze scenariusze nie dorównywały serialowi, ale na pociechę mamy Johna w gościnnych występach w Arrow. Wadą tej pociechy jest to, że aby z niej skorzystać trzeba oglądać Arrow. 3/5 za serial, 6/5 za Johna Constantine. Oglądałem. Flash – drugi najlepszy z nowych seriali DC. Zupełnie inny klimat od Gotham, ale co istotne – klimat bardzo spójny, nasycony swoistą świeżością i optymizmem.  Świetna rola Toma Cavanagha jako Dr Harrisona Wellsa. Jeśli lubisz klimaty superbohaterskie, warto. 5/5 – zupełnie inne niż Gotham, ale też warte obejrzenia. Oglądam. Arrow – bliźniaczy serial do Flasha, niestety, po dobrym pierwszym sezonie, staczający się coraz bardziej na dno. Przewidywalny, nudny, a do tego od dwóch sezonów uparcie pozbawiony charyzmatycznych łotrów. Serio Neal McDonough ma charyzmę i grozę mokrego pączka. Jedynym, co sprawia, że nie tyle oglądam co przelatuję przez ten serial jest powiązanie fabuły z Flashem. No, może też Paul „Dresden” Blackthorne – lubiłem go strasznie w roli Harry’ego Dresdena. Pierwszy sezon 4/5, teraz kolo 2/5. Przewijam. iZombie – tak, to też DC, choć bardziej Vertigo. Serial, który bardzo chciał być nową Weroniką Mars. I bardzo mu to niestety nie wyszło. Szkoda. A, z komiksem ma niewiele wspólnego tak naprawdę, ale to ani dobre, ani złe. 2.5/5 – lepszy niż Arrow, choć marny to komplement. Przewijam, na krawędzi porzucenia. Supergirl – na razie nieco mieszane uczucia. To co dobre – scenarzyści rozumieją supermena (i pośrednio supergirl). To co złe – mam wrażenie jakby trochę...

Read More
Recenzja: Obywatel
Sty05

Recenzja: Obywatel

Nie mam pojęcia, czemu ten film reklamuje się jako komedię. To nie jest komedia. Jakikolwiek śmiech, jaki się tu pojawia, to śmiech przez łzy. Nie znaczy to jednak, że jest to zły film. Przeciwnie, jest to film bardzo dobry. Po prostu, z hasła „rozśmieszy cię do bólu” z plakatu prawdziwy jest tylko element bólu. Jan Bratek (w tej roli Jerzy i Maciej Stuhr), główny bohater filmu, żyje. Ledwo – w wyniku wypadku uznanego błędnie za zamach na prezydenta trafił właśnie do szpitala i okuty w gips od stóp do głów, wspomina różne chwile swojego życia. Życia, w którym był i  przedstawicielem partii i opozycjonistą – tu i tu w dużej mierze z przypadku. Życia, w którym w dużej mierze po prostu starał się jakoś płynąć, utrzymać na powierzchni, niesiony prądem wydarzeń. Tak było gdy został aresztowany, a jednocześnie uznany za kapusia (poszedł pożyczyć sól od sąsiada, a „przyszedłem pożyczyć sól” przypadkiem było hasłem opozycjonistów rozpracowanych przez SB i zbierających się u tego sąsiada). Tak było gdy zdobył pracę w kurii, bo pomógł biskupowi wystawionemu bez ubrania przez prostytutki. Tak było gdy stracił miłość swojego życia i gdy raz za razem – motyw przewodni filmu – tracił możliwość wymarzonego wyjazdu za granicę. Spotkałem się z interpretacjami tego filmu jako kiepskiej satyry politycznej, ale zupełnie tak go nie odebrałem. Dla mnie owszem, Bratek doświadcza polityki w milionie odsłon, ale służy to nie tyle jej ośmieszeniu, co pokazaniu jak bardzo, potężnie i do bólu jest ona po prostu ludzka. Jak żadna ze stron nie jest ani kryształowo czysta, ani smoliście czarna, ale za to wszystkie są złożone, ludzkie, małostkowe, w dużej mierze działające zgodnie z prostymi, krótkoterminowymi celami i zachciankami, a nie jakimiś większymi ideałami. Mamy tu opozycjonistów polewających się sokiem pomidorowym, gdy ZOMO nie chce ich bić, agentkę SB zakochującą się do szaleństwa w Bratku (i wydającą telefoniczne dyspozycje odnośnie przesłuchań w przerwie miedzy miłosnymi uniesieniami z nieświadomym mężem). Mamy kalendarz wad, zadr, małostkowości i człowieczeństwa. Pokazanych wyraźnie, ale z czułością, boleśnie, ale nie brutalnie. Mamy też samego Bratka, absolutnie miotanego przez życie, najczęściej podejmującego nawet dobre decyzje. Ba, nawet gdy podejmuje złe, można to doskonale zrozumieć, samemu postawić się na jego miejscu. Cóż z tego, skoro efekty tych decyzji nie zależą od niego? Skoro jego realny wpływ na jego życie jest tak niewielki? Dla mnie to jest właśnie głównym przekazem filmu. Filmu przez to bardzo smutnego, ale i zdecydowanie wartego obejrzenia. Polecam, tylko zdecydowanie nie jako...

Read More