Recenzja: Scott Lynch, Kłamstwa Lockego Llamory
Wrz05

Recenzja: Scott Lynch, Kłamstwa Lockego Llamory

Kup tą książkę. Przetnij ją ma pół. Wyrzuć drugą połówkę – dostaniesz jedną z najlepszych powieści fantasy ostatnich lat. Kup tą książkę. Przetnij ją na pół. Wyrzuć pierwszą połówkę – zostaniesz z podłej klasy podróbką klasycznych już przygód Fafharda i Szarego Myszaka z Lankhmarku. Sądzę, że jeszcze wiele lat minie, zanim uda mi się zrozumieć, jak jeden autor mógł najpierw napisać tak świetną książkę… A potem tak ją spartaczyć! Świetny rys postaci, tworzenie ogromnego tła, doskonała kontrola nad przerywaniem fabuły w najbardziej emocjonującym momencie – wszystko to w pewnym momencie idzie do piachu, razem z 95% obsady, której historię wcześniej czytaliśmy z zapartym tchem. Nie zrozum mnie źle – cenię autorów, którzy potrafią zabić swoje postacie. George R. Martin ma za to u mnie ogromnego plusa – czyni to lekturę jego Pieśni Ognia i Lodu niesamowicie emocjonującą, gdyż niczego nie można być pewnym. Tyle tylko, że u niego te śmierci coś znaczą. Przynajmniej zwykle. U Lyncha, postacie giną na lewo i prawo, wątki fabularne, które były wcześniej z nimi związane zawisają niezrealizowane w powietrzu, a czytelnik – no przynajmniej ja, gdy byłem czytelnikiem – zastanawia się dlaczego, u licha, marnował wcześniej czas na czytanie historii tych postaci i tych wątków, skoro i tak wszystkie zostały przez autora wyrzucone? To niemal tak, jakby autor doszedł do pewnego momentu, przeraził się tego, co stworzył, nie wiedział gdzie to poprowadzić dalej, więc zaczął ciąć. Gardła postaci. Z perspektywy rozwojowej – to idealny przykład na improwizacyjne blokowanie i anulowanie. Oraz na to, jak wkurzające potrafią być. Szkoda, bo książka ta mogła być naprawdę dobra. P.S. Jest druga część. Spojlerując, kończy się zapowiedzią rychłej śmierci jednej z postaci. Wow, cóż za...

Read More
Recenzja: Gordon Dickson, Cykl Childe, drugi pięcioksiąg (+1)
Wrz05

Recenzja: Gordon Dickson, Cykl Childe, drugi pięcioksiąg (+1)

Pierwszy pięcioksiąg cyklu Childe, znany powszechniej jako saga o Dorsajach, skupiał się na przyszłej ewolucji ludzkości i wykształceniu trzech wyspecjalizowanych grup, cechujących się trzema wyjątkowymi cechami ludzkości – wiarą, odwagą i filozofią. Tak, dla mnie też ten podział wydawał się wyjątkowo dziwny, ale nie zmienia to faktu, że oryginalny cykl był naprawdę dobry. W szczególności dotyczy to pierwszej wydanej, choć chronologicznie ostatniej książki, „Dorsaj!” oraz chronologicznie dużo wcześniejszej „Taktyki błędu”. Prawdę mówiąc, „Taktyka błędu” jest jedną z nielicznych książek w moim życiu, które przeczytałem więcej niż trzy razy i która podobała mi się zarówno jako nastolatkowi, jak i jako dorosłemu człowiekowi. Pozostałe trzy książki pierwszego pięcioksięgu, „Nekromanta”, „Żołnierzu, nie pytaj” i „Zaginiony Dorsaj” nie są aż tak dobre, ale zdecydowanie wytrzymują. Demonstrują one jednak wyraźne filozoficzne ciągoty Dicksona, których ukoronowaniem był drugi pięcioksiąg cyklu Childe. Dla tych z Was, którzy zastanawiają się nad tytułem, Childe odnosi się do wiersza Roberta Browninga „Childe Roland to the dark tower came”, jednego z wątków przewijającego się przez cały cykl. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest rozmiar drugiego pięcioksięgu (w zasadzie sześcioksięgu, na rynku jest już dostępny, wydany pośmiertnie „Przeciwnik”, uzupełniający tą sagę). Oryginalne książki miały ok. 200-300 stron. Nowe mają średnio po 600. Do tego, tak naprawdę, opisują jedną i tą samą sytuację z dwóch perspektyw – Encyklopedia Ostateczna I i II oraz Gildia Orędowników opisują historię Hala Mayne, a Młody Bleys, Inny i Przeciwnik to równoległa historia jego nemesis, Bleysa Ahrens. W planach była ponoć jeszcze jedna książka, dziejąca się po Gildii, niestety nigdy nie wyszła i raczej nie ma co oczekiwać jej wydania. Co prowadzi nas do największego problemu tego cyklu. Póki czytałem tylko Encyklopedie Ostateczne, Hal Mayne wydawał się sensownym, choć mało charyzmatycznym bohaterem, wystarczającym jednak, by doczytać książki do końca. Większość postaci w jego otoczeniu była płaska i jednowymiarowa, podobnie zresztą jak niedostępny zwykle Bleys oraz, pełniący rolę głównego złego w tych tomach, Babage, który nie mógłby chyba być bardziej stereotypową postacią. Dickson pisze jednak na tyle sprawnie, że dało się to czytać i nawet byłem w miarę ciekawy co dalej. A potem był Młody Bleys. Książka sprawnie napisana, której bohater był ciekawy, trójwymiarowy, nieporównywalnie bardziej charyzmatyczny niż Hal, a jego wizja losu ludzkości była na tyle dobrze uzasadniona (w odróżnieniu od hipisowskich wizji Hala), że naprawdę miało się motywację śledzić go w osiąganiu jej. I w tym cały problem. Główny zły okazał się nieporównywalnie lepszą postacią, ale niestety, ze względu na coś, co byłoby zbytnim spojlerowaniem, wiemy, że to Hal ma rację i to on wygrałby w ostatniej, nienapisanej książce. Co gorsza, inne postacie otaczające Bleysa RÓWNIEŻ okazały się być nieporównywalnie bardziej trójwymiarowe i zróżnicowane...

Read More