Recenzje: Crossed Family Values i Crossed Psychopath
Sty17

Recenzje: Crossed Family Values i Crossed Psychopath

Oryginalny Crossed w doskonały sposób opowiadał historię starą jak sama sztuka – jakie zło kryje się w człowieku? Do czego ludzie są zdolni? Nie była to historia szczególnie oryginalna, ale Ennis zdołał przedstawić ją w sposób, który z jakiegoś powodu sięgał naprawdę, naprawdę głęboko. Całe bestialstwo i gore związane z „ukrzyżowanymi” służyło wydobyciu tej głębi i miało swój wewnętrzny sens. Crossed Family Values niestety spłycił to, próbując bardziej namacalnie pokazać zło w niezarażonych ludziach. Niestety, problem w tym, że Ennis już to zrobił, na przykładzie swoich bohaterów w oryginalnym Crossed. Pokazał w nich zło, jednocześnie pokazując, że są wciąż ludźmi, nawet gdy zdarza im się wypuścić je na zewnątrz. To właśnie czyniło Crossed dziełem. Family Values jest natomiast po prostu pulpą fantasy. Z lekką nutą dark fantasy, ale sama struktura opowieści, to typowa historia bohaterska. Paradoksalnie, wyciągając mroczne strony ludzkiej natury (ojciec-pedofil) na zewnątrz i demonstrując je od samego początku, Family Values sprawiło, że postacie są papierowe i bez ikry, a sami „ukrzyżowani” nie mają tu większego znaczenia. Mimo tego, Family Values nie jest złą historia. Fantasy z mroczniejszą nutą i dużą dawką gore, zasługuje na jakieś 4/10 – ot, takie czytadło. Natomiast Crossed Psychopath… %$^%$&$ nawet nie chcę się nakręcać na Crossed ^#%#$%$# Psychopath. Crossed był rozprawą o mroku w człowieku. Crossed Family Values był przeciętnym, ale strawnym czytadłem. Crossed Psychopath, to żałosna kupa chorego śmiecia. To ostry tzw. „torture porn”, produkt szafujący brutalnością i okrucieństwem dla samego okrucieństwa i brutalności. Z każdym kolejnym numerem z siedmiu, na jaki składa się ten cykl myślałem sobie „no dobrze, może w końcu dadzą jakieś sensowne ‚po co’, jakąś puentę, która wyjaśni po co czytelnik ma się przedzierać przez ten syf.” Nic z tego. Ten komiks to papierowa wersja „Hostelu”, bzdurne uzasadnienie dla umieszczenia jak największej ilości bezsensownej przemocy razem. Nie ma tu żadnej sensownej fabuły, żadnego realnego przesłania, niczego głębszego – jest tylko okrucieństwo dla osób, które to kręci. Tylko po co u licha mieszali do tego wspaniały świat jakim jest Crossed? Btw, dla zwolenników Crossed Psychopath, argumenty o Lorre jako tytułowym psychopacie demonstrującym, że ludzie mogą być gorsi od „ukrzyżowanych” można sobie darować. TO JUŻ ZOSTAŁO POKAZANE. Przez Ennisa. Dużo celniej, dużo głębiej, bez potrzeby robienia z jednego z bohaterów skrajnego, psychopatycznego sadysty. Bo też i w tym cały urok, że jeśli bohater jest psychopatą i wiemy o tym, to przestaje być w pewnym sensie człowiekiem. Więc całą kwestię eksploracji zła drzemiącego w normalnych ludziach trafia. Tak jak powinien trafić Crossed Psychopath – na wysypisko śmieci. Zdecydowanie odradzam, 1/10. David Lapham, scenarzysta obydwu tych komiksów ewidentnie nie rozumie świata, za który się wziął. Jednak kolejny Crossedowy projekt, Badlands, to...

Read More
Recenzja: Garth Ennis „Crossed”
Sty17

Recenzja: Garth Ennis „Crossed”

Garth Ennis jest znany jako autor poruszający ostre tematy i robiący to bezkompromisowo. Wyjątkowo lubuje się też w tematyce okołoreligijnej, jak pokazuje choćby jego „Kaznodzieja” („Preacher”). Nie powinno więc specjalnie dziwić, że gdy przyszła jego kolej na stworzenie serii w klimatach plagi zombie, wybrał właśnie krzyż na symbol tej plagi. Zombie Ennisa przypominają najbardziej te z „Black Gas” Ellisa – „Ukrzyżowanie” to plaga przenoszona przez płyny organiczne, zmieniająca ludzi w sadystycznych, upajających się cierpieniem (także własnym) psychopatów. Oznaką plagi są rany w kształcie krzyża pojawiające się na twarzy – stąd tytułowi „Ukrzyżowani”. Ukrzyżowani zwykle tworzą małe grupki, utrzymujące regularny rozmiar dzięki wewnętrznym walkom, wystarczy jednak, by wyczuli ślad niezarażonych, by skupili się na nich. „Ukrzyżowani” nie mają żadnych potrzeb samozachowawczych, pod tym względem są jak zombie… Jednak jeśli chodzi o to co robią z ludźmi, których dopadną… Ennis zawsze poruszał ostre tematy. Ale nawet najostrzejsze, najbardziej szalone pomysły z „Kaznodziei” czy „The Boys” nie zbliżają się do „Crossed”. Ośmielę się powiedzieć, że Ennisowi udało się zawrzeć czyste zło w komiksie. Wątpę, by był w stanie to zrobić bez pomocy swojego grafika, ale jak by nie było, świat który przedstawił jest jednocześnie szalony i przekonujący. To coś, co w jakiś dziwny chory sposób mogłoby się wydarzyć. Jeśli sięgniesz do historii – do tego co działo się w średniowieczu z podbitymi miastami, do rzezi, którą rewolucja francuska urządziła w Wandei, do zbrodni armii japońskiej w Azji – to już się działo. To czym są „Ukrzyżowani” to nic więcej niż tylko najgorsze ludzkie bestialstwo, wyciągnięte na powierzchnię, bez niczego, łącznie z instynktem samozachowawczym, co mogłoby je powstrzymać. Jedna z recenzji, z którymi się spotkałem sugerowała, że sceny działań „Ukrzyżowanych” są niepotrzebnie graficzne i można było je uciąć, zostawiając jedynie ich miny i krzyki ofiar, a czytelnicy dorobili by sobie resztę. Nie zgadzam się. Serio, jeśli uważasz, drogi Czytelniku, że sam w wyobraźni dorobiłbyś tak chore scenariusze, jakie przygotował Ennis, powiedz mi proszę o tym – będę wiedział, by trzymać się od Ciebie z bardzo daleka. I piszę to jako człowiek, który zupełnie nie czuje klimatu Hosteli czy innych „dzieł” z gatunku torture-porn, którego wręcz odrzucają. Sęk w tym, że w Crossed (przynajmniej tym Ennisowskim) ta chora przemoc ma swoje miejsce i uzasadnienie. Jest szokująca, owszem, jest wyrazem czegoś bardzo mrocznego w człowieku, jest powodem dla którego nigdy nie umówiłbym się na spotkanie w cztery oczy z Ennisem w domu na pustkowiach… Ale jest bardzo na miejscu i bardzo wzmacnia przekaz całości. To właśnie sprawia, że ten komiks tak mocno zapada w pamięć. Ten temat był już wielokrotnie poruszany – choćby we wspomnianym „Black Gas”, czy w formie Reaversów w „Firefly” i „Serenity”...

Read More
Recenzja: BlazBlue: Calamity Trigger
Sty17

Recenzja: BlazBlue: Calamity Trigger

Jestem wielkim fanem serii Guilty Gear. Uwielbiam dynamikę, styl i najzwyklejsze w świecie porąbanie, jakie wypełnia gry z tej serii. Kiedy więc dowiedziałem się, że twórcy GG tworzą nowy cykl i że będzie on dostępny na PC, byłem wniebowzięty. Trwało to mniej więcej do chwili pierwszego odpalenia faktycznej gry. BlazBlue stara się podtrzymywać stylistykę GG, można znaleźć wyraźne podobieństwa między niektórymi postaciami tam i tutaj. Pomysły na postacie i ich metody walki są niekiedy świetne, jak np. w wypadku wampirzycy Rachel. A jednak… A jednak BB jest bardzo, bardzo przeciętną grą. Próbowałem przejść ją parę razy, różnymi postaciami, żeby sprawdzić czy może po prostu trafiłem na kogoś, nieodpowiedniego do mojego stylu gry. Niestety – to kwestia samej gry. Być może chodzi tu również o moje oczekiwania odnośnie bijatyki. Od starusieńkich czasów Street Fighter 2 Turbo i One Must Fall 2097 bylem przede wszystkim fanem postaci szybkich i o dużym zasięgu. W SF2 byli to np. Vega i Cammy. Jednak w BB zasięg postaci jest dramatycznie mały (choćby w porównaniu z GG, Darkstalkers czy z Samurai Spirits), co czyni całą walkę bardziej strategiczną i statyczną – co w przypadku tego rodzaju gry oznacza dla mnie po prostu, że gra jest nudna. Nie poprawia tego fakt, że mimo ciekawego designu niektórych postaci, są one po prostu w większości antypatyczne i/lub żałosne. Story mode jest przez to męczący, zamiast ciekawy – co jest bardzo negatywną różnicą w porównaniu choćby do Guilty Gear czy Darkstalkersów. Podsumowujac – 2/5. Da się grać, ale w gruncie rzeczy: po...

Read More
Cyfrowe planszówki
Sty16

Cyfrowe planszówki

Kolejny art wysłany swego czasu na konkurs CD-Action. Herezja! Skandal! Kto to widział, żeby gry planszowe – gry towarzyskie! – próbować przenosić na komputer czy tablet! Teraz to już ludzie zupełnie zerwą ze sobą kontakty i będą tylko przez te fejzbuki i skajpaje się komunikować! Wyizolują się! Znikną więzi społeczne! I wtedy właśnie nas podbiją Chińczycy! Czy to ma sens? Zostawmy jednak w spokoju dziadka Zegrzysława i jego tyrady i zastanówmy się nad tym, czy komputerowe wersje gier planszowych mają jakiś sens? Oczywiście, w pewnym sensie planszówki były dostępne na komputerze w zasadzie od zawsze. W końcu elektroniczne wersje szachów czy warcabów są stare jak świat. Jednak dopiero w ostatnich latach, zwłaszcza za sprawą Ipada, pojawił się prawdziwy boom na przenoszenie gier planszowych do cyfrowego formatu. Nie dotyczy on przy tym wyłącznie tabletów – na PC pojawiły się m.in. Memoir 44 czy Ticket to Ride, zbliża się premiera Talismana. Zalew gier Serwis IPad Board Games wymienia obecnie ponad 150 tytułów planszówek wydanych w wersji na tablet. W momencie, w którym większość zapalonych planszówkowców ma w swojej kolekcji może 20-30 „normalnych” tytułów*, oferta ta okazuje się naprawdę bogata – i cały czas rośnie. Tak więc ktoś te gry ewidentnie kupuje. Może się to wydawać pewnym paradoksem, biorąc pod uwagę, że jednak (jak sugerował dziadek Zegrzysław) jedną z głównych zalet gier planszowych jest to, że można w nie grać towarzysko, siadając ze znajomymi przy stole i młócąc do rana. Dlaczego więc rezygnować z tego na rzecz gry na tablecie? Jasne, można zawsze grać online, ale tak w sumie – po co? *Oczywiście, są i osoby mające ich kilkaset Zagrałbym, ale to za dużo roboty Podstawową odpowiedzą, stanowiącą moim zdaniem główne wyjaśnienie fenomenu cyfrowych gier, jest fakt, że są one po prostu nieporównywalnie bardziej przystępne jeśli mamy po prostu ochotę na szybką partyjkę. Większość fizycznych gier wymaga bowiem nieco czasu na przygotowanie rozgrywki. Trzeba wyjąć planszę i figurki, przetasować karty, rozłożyć żetony… Nawet w przypadku gier, które szybko się szykuje zajmuje to jakieś 5 minut. W przypadku bardziej złożonych tytułów potrafi to zająć nawet pół godziny i samemu zdarzało mi się być na tyle zmęczonym na koniec układania gry, że po prostu dawałem sobie z nią spokój. Speedy Gonzales W wersji elektronicznej całe przygotowanie zajmuje jakieś 10-20 sekund. Również w trakcie rozrywki gra często robi dużo żmudnej roboty za gracza, podliczając automatycznie punkty, ograniczając i wyraźnie pokazując możliwe ruchy, itp. Niby to drobiazgi, ale drobiazgi niejednokrotnie zmieniające grę przeciętną w bardzo przyjemną. Tak jest np. w przypadku Memoir 44 (dostępnego na Steam) czy Eclipse (dostępnego na IOS). Normalnie gry te mają masę żetonów, figurek, kart, itp. a przygotowanie rozgrywki zajmuje strasznie długo...

Read More
Nie opowiadaj, pokazuj
Sty16

Nie opowiadaj, pokazuj

Tekst napisany swego czasu na konkurs do CD-Action, gdy szukali redaktorów 😉 Nawet przeszedł dalej, podobnie jak inny mój tekst w innym podobnym konkursie, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że po prostu nie mam czasu na taką alternatywną karierę 😉 Jest jedna zasada, którą tłucze się do głów wszystkim kandydatom na pisarzy i scenarzystów: „jeśli chcesz, by odbiorca naprawdę wziął sobie coś do serca, nie opowiadaj o tym – pokaż to!” Kruszyna demonstracji jest cenniejsza od tony deklaracji W zasadzie tej chodzi o to, że jeśli chcemy, by dana postać była postrzegana jako posiadająca miękkie serce, to nie piszemy dialogu, w którym jej przyjaciel mówi „A, bo Ty to masz miękkie serce.” Zamiast tego dodajemy krótką scenę, albo nawet element sceny, w której postać karmi bezdomnego kota. Jeśli dana postać jest bałaganiarzem – niech jej dom będzie mocno zagracony. A jeśli nasza strona dostaje po tyłku w wojnie, to nie wystarczy, by to powiedzieć, gracz musi tego doświadczyć, najlepiej samemu obrywając i musząc się ewakuować. Niestety, choć zasada ta jest regularnie wbijana wszystkim do głowy, niewielu pisarzy czy scenarzystów bierze ją do siebie – także wśród scenarzystów gier. Weźmy na warsztat dwie przykładowe gry, które podchodzą do podobnego wyzwania w zupełnie inny sposób: wojna w Final Fantasy VIII i w Mass Effect 3. Ta pierwsza jest przykładem na to, jak dobrze zrobić „pokazywanie, nie opowiadanie”*. Ta druga jest natomiast przykładem na to, jak można tą zasadę koncertowo spaprać. Ponieważ większość czytelników lepiej kojarzy ME3, zacznijmy od tej ostatniej i tego, co tam nie wyszło (uwaga, spoilery). *W kontekście wojny, bo kilka innych scenarzyści FFVIII spaprali pod tym względem. Kto naprawdę jest wrogiem? Nie mam zamiaru tu odnosić się do kwestii „gwiezdnego dziecka” i finału trylogii. Obydwie kwestie były opisywane i omawiane aż do bólu i wątpię, bym był w stanie dodać do nich coś więcej. Zamiast tego chciałem zająć się inną, pozornie oczywistą kwestią. Kto jest głównym przeciwnikiem w Mass Effect 3? Według materiałów marketingowych i zamiarów twórców mieli to by być chyba Żniwiarze. Wredni, potworni, wszechpotężni. To nam cały czas się opowiada. A co widzimy? Jeśli przyjrzymy się tylko temu, co w grze widzimy, temu z kim głównie walczymy, temu kto zadaje nam najbardziej bolesne emocjonalnie straty, temu kto zdołał nas pokonać? Cóż, wtedy ewidentnym staje się, że głównym wrogiem w grze nie są Żniwiarze, tylko ludzka organizacja Cerberus. Żałośni Bogowie Tytułowy Efekt Masy mógłby się odnosić do ilości pokonanych w ciągu całej trylogii „niezniszczalnych” Żniwiarzy… W pierwszej części gry ginie, podczas bitwy w kosmosie, ultrapotężny i wspierany przez flotę Gethów żniwiarz Sovereign. A przecież statki kosmiczne wtedy stosowane były skrajnie prymitywne w porównaniu z dostępnymi...

Read More
Krótki, arbitralny przegląd seriali ;)
Lis16

Krótki, arbitralny przegląd seriali ;)

Kilka opinii n.t. współczesnych seriali. 100% subiektywne i stronnicze 🙂 1. DC-Versum Powiedzmy sobie wprost: Marvel/Disney wie jak robić filmy ze swoimi postaciami.  DC za to wie jak robić seriale. Gotham – korona seriali z uniwersum DC, a jednocześnie chyba najbardziej oryginalny z nich. Świetny pomysł, jakim było cofnięcie zegara i zrobienie prequela do historii o Batmanie. Błyskotliwe osadzenie w głównej roli tytułowego miasta, Gotham, mrocznego bliźniaka Nowego Yorku. Bardzo dobre postacie, ogromna ilość smaczków dla osób nawet pobieżnie obeznanych z uniwersum Batmana no i nieodżałowany Cameron Monaghan jako Jerome Valeska. Co prawda brak nieco napięcia, gdyż wiadomo, że pewne postacie przeżyć muszą… Ale i tutaj scenarzyści potrafią nie raz zakpić z oczekiwań publiki. 5/5 – wysoce polecane. Oglądam. Constantine – serial był to średni, a mimo to strasznie żałuję, że został odwołany. Z banalnie prostego powodu. Matt Ryan BYŁ Johnem Constantine. Nie grał go, on nim był. IDEALNE dopasowanie aktora do roli i to roli świetnej. Fakt, ten Constantine był nieco mniejszym draniem niż w komiksach (tu skazując przyjaciela na bolesną śmierć opiekował się nim do końca, w komiksie sprzedał go znajomemu szamanowi/mafiozowi). Nie zmienia to faktu, że zachował wystarczającą mieszankę cynizmu i cwaniactwa by być po prostu świetnym. Szkoda, ze scenariusze nie dorównywały serialowi, ale na pociechę mamy Johna w gościnnych występach w Arrow. Wadą tej pociechy jest to, że aby z niej skorzystać trzeba oglądać Arrow. 3/5 za serial, 6/5 za Johna Constantine. Oglądałem. Flash – drugi najlepszy z nowych seriali DC. Zupełnie inny klimat od Gotham, ale co istotne – klimat bardzo spójny, nasycony swoistą świeżością i optymizmem.  Świetna rola Toma Cavanagha jako Dr Harrisona Wellsa. Jeśli lubisz klimaty superbohaterskie, warto. 5/5 – zupełnie inne niż Gotham, ale też warte obejrzenia. Oglądam. Arrow – bliźniaczy serial do Flasha, niestety, po dobrym pierwszym sezonie, staczający się coraz bardziej na dno. Przewidywalny, nudny, a do tego od dwóch sezonów uparcie pozbawiony charyzmatycznych łotrów. Serio Neal McDonough ma charyzmę i grozę mokrego pączka. Jedynym, co sprawia, że nie tyle oglądam co przelatuję przez ten serial jest powiązanie fabuły z Flashem. No, może też Paul „Dresden” Blackthorne – lubiłem go strasznie w roli Harry’ego Dresdena. Pierwszy sezon 4/5, teraz kolo 2/5. Przewijam. iZombie – tak, to też DC, choć bardziej Vertigo. Serial, który bardzo chciał być nową Weroniką Mars. I bardzo mu to niestety nie wyszło. Szkoda. A, z komiksem ma niewiele wspólnego tak naprawdę, ale to ani dobre, ani złe. 2.5/5 – lepszy niż Arrow, choć marny to komplement. Przewijam, na krawędzi porzucenia. Supergirl – na razie nieco mieszane uczucia. To co dobre – scenarzyści rozumieją supermena (i pośrednio supergirl). To co złe – mam wrażenie jakby trochę...

Read More