Marketing albo sztuka – wybierz JEDNO
Kwi19

Marketing albo sztuka – wybierz JEDNO

Co jakiś czas w kontekście filmów lub gier spotykam się z argumentem p.t. „fani nie powinni krytykować decyzji twórców, bo jest to sztuka, a twórcy sztuki powinni mieć niezależność artystyczną!” Nie miałbym problemów z tym rozumowaniem, gdyby nie jeden kluczowy problem: w każdym z tych przypadków taka krytykowane dzieło miało zespół marketingowców, który decydował o kształcie fabuły, grupę focusową oceniającą końcówkę, itp. I w tym momencie przykro mi, ściągamy rękawiczki, podwijamy rękawy, zaczynamy się poważnie bawić. Bo jakakolwiek ochrona wynikająca z bycia „dziełem sztuki” właśnie poszła do piachu. NIE DA SIĘ pogodzić robienia czegoś pod badania focusowe ze sztuką. Jest to po prostu czysto praktycznie niemożliwe. Jeśli robisz coś pod badania focusowe, pod analizy marketingowców, to jest to produkt, nie dzieło sztuki. I nie ma nic złego w robieniu produktów. Produkty są super, oby było ich dużo i dobrych. Po prostu nie mają one ochrony jaką daje bycie dziełem sztuki. Nie można ich bronić „wolnością artystyczną”. Albo robimy film, który ma być dziełem – wyrażać COŚ, choćby publiczność tego nie zrozumiała… Albo robimy film-produkt, który ma większą szansę na sukces kasowy, oparty na wstępnych analizach marketingowych, puszczany testowym publicznościom i korygowany wedle ich reakcji. Albo robimy grę, która ma być dziełem – i wtedy wara fanom od domagania się zmiany zakończenia czy innych rozwiązań (że przywołam przypadek Mass Effect 3.) Albo robimy grę, którą projektuje się pod masowego gracza w oparciu o badania marketingowe – i wtedy kochani „twórcy” należy stulić uszy po sobie i jak gracze mówią „zróbcie tak”, to po prostu to zróbcie. Nasz klient, nasz pan. Żadna ze ścieżek nie jest lepsza ani gorsza. Widziałem tragiczne dzieła i cudne produkty. Sęk w tym, że dzieło ZAWSZE można bronić wolnością twórcy. A produktu NIGDY tak nie można...

Read More
Recenzja: Nasza Klasa
Sie03

Recenzja: Nasza Klasa

Nasza Klasa, wystawiana w Teatrze Dramatycznym miasta Warszawy, to sztuka bardzo mocna. Wali emocjami, raz za razem, na odlew. Bierze na warsztat rzeczy trudne i nie popuszcza, a trzy godziny w teatrze mijają nieodczuwalnie. Sztuka inspirowana była pogromem w Jedwabnem. W toku drugiej wojny światowej inspirowani przez Niemców mieszkańcy miasteczka spalili w stodole co najmniej kilkuset współmieszkańców – Żydów (źródła historyczne różnią się co do ilości ofiar, IPN mówi o minimum 340 ofiarach, z czego co najmniej 300 spalonych, śledztwo prowadzone tuż po wojnie mówiło o nawet 1600 ofiarach; wśród ofiar były też kobiety, starcy i dzieci). Autor podjął się bardzo trudnego wyzwania. Chciał pokazać jak to się mogło stać, że ludzie, którzy znali się całe życie, uczniowie tytułowej „Naszej Klasy” mogą w pewnych warunkach zachować się wobec siebie aż tak bestialsko. Udało mu się to wspaniale. Lekcja 1 Spektakl zaczyna się w latach 30-tych, od scenki z wspólnego życia klasy (uczniowie odgrywani przez dorosłych, ubranych już zgodnie ze swoją „dorosłą” rolą). Polak Rysiek kocha się w Żydówce Dorze, inne dzieci się z tego śmieją, opisują kim chcą być jak dorosną. Na koniec jeden z nich, Żyd Abram żegna się z klasą – wyjeżdża do USA, przez długi czas jego dobroduszne, naiwne listy będą fascynującym kontrastem do sytuacji jaka rozwinie się w Polsce. Lekcja 2 Mija kilka lat. Państwo polskie wprowadza nowe reguły wychowania, promujące wiarę katolicką, dochodzi do pierwszych tarć na tle przynależności poszczególnych uczniów, ale czuć wyraźnie, że rasa jest tu wymówką. Problemem są różnice majątkowe, żydowskie dzieci pochodzą z bogatszych rodzin, Menachem dostał od ojca rower, na który podrywa śliczną Dorę, Rachela pochodzi z rodziny młynarzy, ojciec Jakuba to bogaty kupiec. Tymczasem rodzice Polaków to głównie rolnicy i służący, co naturalnie generuje tarcia. Lekcja 3 Rozpoczyna się druga wojna, bohaterowie są już na krawędzi dorosłości. Do miasteczka wkraczają wojska rosyjskie. Żydzi Katz i Menachem współpracują oficjalnie z okupantem – ten ostatni zaczyna prowadzić kino w dawnym domu modlitewnym. Polacy są w większości zdecydowanie bardziej patriotyczni, myślą o stworzeniu organizacji podziemnej. Wyjątkiem jest Zygmunt – jego ojciec został aresztowany, a Zygmunt by nie podzielić jego losu zaczął pracować jako agent NKWD, „wsypał” też kolegę, Ryśka, wiedząc, że on jeden jest na tyle twardy by przetrwać tortury jakie NKWD serwuje więziom. Lekcja 4 Zamiast Rosjan mamy Niemców i sytuacja zaczyna się odwracać. W końcu dochodzi do pogromu. Zaczyna się on od zabójstwa Jakuba Katza, którego dokonuje trzech jego byłych kolegów z klasy, Zygmunt, Rysiek i Heniek. Świadkiem jest również Władek, ale nie przyłącza się do zbrodni.  Następnie trzej koledzy idą szukać Menachema, a nie zastając go gwałcą jego żonę Dorę (tu „wstrzymuje się” Heniek, „jedynie” asystując, prowodyrami, tak...

Read More
Recenzja: Kwartet
Paź16

Recenzja: Kwartet

Do teatru IMKA wybierałem się pełen pozytywnych oczekiwań. Czterech absolutnie świetnych aktorów, sztuka grana od wielu lat w całej Polsce – widać, coś dobrego. Z elementami improwizacji, co czyni całe doświadczenie ciekawszym i bardziej interaktywnym. Sama IMKA zawodzi – malutkie krzesełka (nie mam pojęcia jak mieści się na nich ktoś z otyłością albo mający metr dziewięćdziesiąt wzrostu), ustawione tak ciasno, że czuć wyraźnie zbyt mocny dezodorant osoby siedzącej przed Tobą i nieświeży oddech osoby siedzącej za Tobą. Niskie podwyższenie i bliska scena sprawiają, że z czwartego rzędu nie byliśmy w stanie widzieć nic, jeśli aktorzy schodzili do poziomu podłogi, zastanawiam się więc, czy ludzie w rzędzie 20-tym widzieli w ogóle cokolwiek. Kiepska akustyka (bo takich aktorów o słabą wokalizację nie podejrzewam) sprawiała, że niekiedy z czwartego rzędu trudno było zrozumieć co mówią. Ponownie – nie wiem jak z tymi z 20-go. Jak na teatr, gdzie bilety kosztują normalnie stówkę… słabo. To jednak niestety nic w porównaniu z samym przedstawieniem. Po pierwszych pięciu minutach błąkania się aktorów po scenie i nie robienia absolutnie niczego istotnego, ciekawego, zwracającego uwagę, czy w ogóle mającego jakikolwiek sens, byłem mocno zmieszany. Oglądanie tego, jak Karolak stanie na czworaka, a Peszek na niego wejdzie, albo jak panowie plotkują, który jaki biznes powinien założyć („Andrzej Grabowski, Kiepskie Jadło”) i nijak to się nawet nie próbuje kleić, angażować czy prowadzić do zmian w odgrywanych postaciach…  Po takich dziesięciu minutach zaczynałem się wkurzać. Nagle zmiana, panowie zdają się zmienić rytm, podbiegają do widowni, biorą od kogoś torebkę, czyżby to wszystko miało jakiś faktyczny sens, który teraz temu nadadzą? Mija kolejna minuta… Dwie… Pięć… Dziesięć… Panowie wrócili na scenę, bredzą coś trzy po trzy, bez ładu i składu, kładą się na podłodze, kopią, jeden udaje, że drugiemu będzie wsadzał rękę w odbyt… Widownia pełna sala, koło dwustu osób, a śmieje się może z pięć… Ni smutne to, ni śmieszne. Ni ciekawe, ni wkurzające. Ni emocjonujące, ni nudne nawet… Po prostu, puste. Bez ładu i składu. Nawet aktorstwo trudno oceniać, bo i po czym? Cóż to dzieje się na scenie, co wymagałoby zademonstrowania jakichkolwiek umiejętności aktorskich? Pół godziny od rozpoczęcia sensu patrzę na godzinę, mrucząc pod nosem „co to ***** jest?” i zastanawiając się ile jeszcze mam się męczyć. Pozostałe 45 minut do końca seansu spędzam walcząc ze sobą, by nie wstać i nie wyjść, najlepiej z wyraźnym komentarzem o tym, jak totalny, absolutny szajs dziejący się (bo nawet nie grany) na scenie właśnie kosztował mnie godzinę życia, której nijak nie odzyskam. Gdyby autorem Kwartetu był początkujący scenarzysta, albo gdyby występowali tam mniej znani aktorzy, zostałby absolutnie zmiażdżony przez krytykę. A tak co niektórzy szukają w tym czymś wartości –...

Read More