Uchodźcy, imigranci i cała rzeka mitów
Wrz13

Uchodźcy, imigranci i cała rzeka mitów

Uwaga! W artykule obowiązują zasady dyskusji. Przestrzegaj lub wylatuj, wybór należy do Ciebie. Dyskusja w tym miejscu nie jest prawem domyślnym i jest ograniczona do osób potrafiących się zachować i uargumentować swoje stanowisko. Nawet skrajnie przeciwne – ale merytoryczne. Powiedzmy sobie szczerze, temat uchodźców oraz imigrantów z bliskiego wschodu JEST tematem złożonym. Są w tej kwestii realne problemy, które trzeba przemyśleć i postaram się niektóre z nich również wymienić pod koniec artykułu. Żeby jednak móc zająć się realnymi problemami, trzeba najpierw wyczyścić całą masę bredni, kłamstw i mitów, jakie wokół tematu panują. Po prostu, nie sposób trafnie zdiagnozować realny zakres problemu, jeśli obok prawdziwych jego przejawów mamy ogromną ilość fikcyjnych. Wyobrażasz sobie lekarza, który musi diagnozować chorobę gdy pacjent wymyśla dwadzieścia nieistniejących objawów, kłamie na temat dziesięciu istniejących i przedstawia pięć prawdziwych? No właśnie. Podobnie tutaj – tak, są realne problemy z uchodźcami. Są też realne problemy z imigrantami. Właśnie dlatego, że trzeba się nimi zająć, warto najpierw nieco przeczyścić atmosferę i pozbyć się mitów i fikcji. Btw. dla wygody, pomijając punkty gdzie ma to szczególne znaczenie, będę używał terminu „imigranci” mówiąc zarówno o uchodźcach, jak i o imigrantach. Tak naprawdę granice między tymi dwiema grupami są nieco płynne – uchodźca ze strefy wojny może być jednocześnie imigrantem, ludzie rzadko kiedy mają tylko jedną motywację. A, jeszcze jedno – jest praktycznie pewne, że art ten nie ujmie wszystkich popularnych mitów w temacie, co jakiś czas mogę więc do niego wracać i go uaktualniać. Czemu to piszesz? Nie, nie płacą mi żadne liberalne think tanki czy inni illuminaccy władcy świata (to powiedziawszy, jeśli ktoś ma ochotę zacząć, nie ma problemu, nr konta podaje na priva 🙂 ) 😉 Szanuję prawdę i fakty. Uważam, że powinny być absolutną podstawą jakiejkolwiek debaty. Staram się robić co mogę by się do tego przyczynić. Niedobrze mi się robi gdy widzę stężenie nienawiści wobec Muzułmanów kropka w kropkę pasujące do np. stężenia nienawiści wobec Żydów w okolicy drugiej wojny światowej. Czysto praktycznie, jest to złe, żałosne i niegodne ludzi – i trzeba temu przeciwdziałać. A tak czysto egoistycznie – mam dość ciemną karnację, czarne włosy, często noszę bródkę. (Edit: Żona twierdzi, że nie często, a zawsze i nie bródkę a brodę 😉 Niech będzie.) Na lotniskach często jestem kontrolowany 😉 Wolałbym nie dostać w zęby od jakiegoś rozochoconego nienawiścią rasową narodowca tylko dlatego, że zbyt mu wyglądałem na „obcego”. To powiedziawszy, przejdźmy do konkretów 🙂 Nieco twardych danych: 1) Argument demograficzny: nie możemy przyjąć imigrantów, gdyż rozmnażają się tak szybko, że nawet jeśli przyjmiemy niewielką grupę, to szybko zaleją nas dziećmi. Dane na temat urodzin są akurat łatwe do zdobycia i zweryfikowania, to jedne z...

Read More
Nieco ciekawostek z antropologii ekonomii
Maj27

Nieco ciekawostek z antropologii ekonomii

Czytam sobie właśnie „Debt: The first 5000 years” Davida Graebera. Autor jest zawodowo profesorem antropologii w Londyńskiej Szkole Ekonomii, a ideologicznie anarchistą. To drugie niezbyt mi pasuje, ale w zakresie tego pierwszego pisze bardzo ciekawe rzeczy. Na tyle ciekawe, że chciałbym nieco z  nich przytoczyć. Jak to zwykle bywa, takie artykuły mogą być dla kogoś interesujące, a dla mnie stanowią okazję do podsumowania i przemyślenia pewnych kwestii. Pisząc o czymś układasz to sobie sam lepiej w głowie – lubię z tej metody korzystać i chętnie to robię. 1. Rynek -> Pieniądz -> Dług? Było dokładnie odwrotnie! Jedną z podstawowych koncepcji w ekonomii, ideą tak głęboko osadzonych, że w zasadzie traktowanych jako prawda objawiona, jest rzekoma historia powstania pieniędzy i długu. Teoria ta, wywodząca się jeszcze z „Bogactwa narodów” Adama Smitha, mówiła, że na początku ludzie produkowali na swoje potrzeby. Następnie, gdy mieli więcej dóbr niż potrzebowali, zaczęli tworzyć rynki handlowe i stosować barter – wymianę rzeczy za inne. Gdy barter robił się zbyt złożony, wymyślili pieniądze by go uprościć i uczynić wygodniejszym. A gdy były pieniądze, pojawiła się opcja bycia komuś ich dłużnym. Historia ta brzmi logicznie, ma sens. Ma też jedną, kluczową wadę – nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Antropolodzy na całym świecie nie znaleźli ANI JEDNEJ społeczności „barterowej”. Żadnej! Barter jest czymś, na co ludzie, owszem, decydują się – ale tylko jeśli WCZEŚNIEJ żyli w społeczności korzystającej z pieniędzy, a z jakiegoś powodu (wojna, gigantyczna inflacja, itp.) przestało to być możliwe. Nie istnieją natomiast teoretyzowane przez Smitha pierwotne społeczności, opierające się na barterze. Cała teoria po prostu leży w konfrontacji z empirycznymi faktami. O czym antropolodzy marudzili już przeszło od stu lat, ale dopiero zaczyna się ich słuchać. W rzeczywistości, antropologiczne źródła sugerują wzorzec wręcz odwrotny. Najpierw jest dług. Potem są pieniądze. Potem, ewentualnie, pojawia się klasycznie rozumiana wymiana barterowa i rynki. 2. Handlujesz z obcymi, ze swoimi współpracujesz Jedną z podstawowych obserwacji antropologicznych jest fakt, że w pierwotnych społecznościach w ogóle nie ma idei barteru między sąsiadami, członkami plemienia czy mieszkańcami wioski. Handel tego typu jest czymś, co robi się z obcymi, z ludźmi z którymi nie będziemy mieli prawdopodobnie nigdy więcej do czynienia – więc nie ma większego problemu jeśli poczują się oszukani na wymianie. Często przyjmuje wręcz formę zrytualizowanej agresji, pozostając o krok od agresji prawdziwej i bardzo namacalnej. Obiekty pożądania w takiej międzyplemiennej wymianie handlowej są często dosłownie wyrywane drugiej stronie, niczym łupy wojenne. Niekiedy pojawia się rytualna przemoc, udawane okładanie drugiej strony bronią, markowane groźby. Gdy któraś ze stron przesadzi, wyrwie wynegocjowany obiekt chwile za wcześnie, itp., łatwo może się to zmienić w jatkę. To wszystko ma jednak miejsce MIĘDZY OBCYMI....

Read More
Chłopczyk w sukience, czyli nieco o Gender
Lut06

Chłopczyk w sukience, czyli nieco o Gender

W końcu, mimo mocnego oporu, przez sejm przeszła Konwencja o Przeciwdziałaniu Przemocy w Rodzinie. Opór przeciwko konwencji opierał się, w dużej mierze, na zarzutach o promowaniu „ideologii gender”, która dla typowego jej przeciwnika równa się obrazom przebierania chłopczyków w przedszkolu w sukienki. Różowe. Co jest oczywiście i bezdyskusyjnie ogromną zbrodnią przeciwko wielowiekowej tradycji. Od dawien dawna bowiem mali chłopcy nosili spodnie (zwykle niebieskie), a małe dziewczynki sukienki. Białe albo różowe. To oczywiste i tak było zawsze! No… pod warunkiem, że przez „zawsze” rozumiemy „od połowy XX wieku”, to owszem. Słodka dziewczynka, prawda? Ta sukienka, te włoski. Jak dorośnie, na pewno będzie śliczną młodą dam… AAAAA!!! Skąd tu ten facet? Zmieniła płeć, zaraza jedna, szatańskie genderowe transseksualne nasienie! Co? Nie było żadnej zmiany płci? Ten facet zawsze tam był? Dokładnie. Ta „dziewczynka” to młody Franklin Delano Roosevelt, przyszły prezydent USA. Za jego czasów małe dzieci obydwu płci ubierano w ubrania unisex, sukienki. Zwykle białe, bo najłatwiej było prać. Nie wierzysz? Tutaj Ernest Hemmingway na spacerze z siostrą. Które jest które? Idea ubrań pozwalających rozróżnić dzieci na pierwszy rzut oka jest w rzeczywistości bardzo świeża i w dużej mierze była zagrywką marketingową. Pomyśl – jeśli ubrania są unisex, to z dużym prawdopodobieństwem stare ubranko córeczki możesz użyć na synka gdy się narodzi i vice versa. Ale jeśli ubrania są przypisane do płci, to musisz już kupić oddzielne! Podwójny zysk! Jeszcze ciekawiej było z kolorami. Gdy już bowiem zaczęto rezygnować z bieli na rzecz popularnych do dziś pasteli, wcale nie było jasne jaki kolor pasuje dla którego dziecka. W 1918 katalogi reklamowe sugerowały np. że różowy, jako kolor bardziej dynamiczny i silny pasuje dla młodych chłopców, a niebieski, jako kolor zwiewny i delikatny, jest idealny dla młodych dziewczynek! Inne katalogi dopasowywały kolor ubranek do koloru włosów lub oczu. Dopiero pod koniec lat 40-tych XX wieku, po II wojnie światowej, producenci podjęli decyzję za społeczeństwo i zdecydowali, że „niebieski dla chłopczyków, różowy dla dziewczynek”. I tak to się już utarło i stało się tak oczywiste, że dziś wydaje nam się nie do pomyślenia, że kiedykolwiek mogło być inaczej. Podobnie zresztą z zabawkami. Sto lat temu generalnie większość dzieci miało szczęście jeśli miało JAKĄŚ zabawkę i takie rzeczy jak „zabawki dla dziewczyn” czy „zabawki dla chłopców” były skrajną fanaberią. Zarówno chłopcy jak i dziewczynki bawili się lalkami, itp. Dopiero wzrost majętności i wolnych środków finansowych doprowadził do powstania oddzielnych nurtów rynkowych i specjalizacji w zabawkach dla dziewczynek i chłopców. Innymi słowy – nasze obecne stereotypy i wyobrażenia n.t. tego jak powinno się ubierać i czym powinny się bawić małe dzieci nie mają absolutnie nic wspólnego z „wieloletnią tradycją”, „tradycją chrześcijańską”, ani żadnym innym hasłem,...

Read More
Myliłem się
Lis17

Myliłem się

W świetle wstępnych danych nt. wyników kampanii samorządowej, zwłaszcza w zakresie rad miasta/dzielnicy/gminy muszę powiedzieć: myliłem się. To bardzo gorzkie „myliłem się”, bo mówi dużo negatywnego o procesach decyzyjnych ludzi w tych, najbardziej wszak bezpośrednich z wyborów. Niestety, okazuje się, że ludzie: – będący działaczami lokalnymi -zaangażowani w życie społeczności – mający konkretne projekty – często nawet znani publicznie – gotowi faktycznie chodzić od drzwi do drzwi i przekonywać wyborców… … wciąż okazują się być mniej atrakcyjni dla wyborców niż nieznani nikomu licealiści mający jednak wysokie miejsce na listach „dużych partii”. Myliłem się. Naprawdę sądziłem, że – przynajmniej w tej lokalnej skali – realne zachowania kandydatów będą ważniejsze niż przynależność partyjna. Uważałem, że przynajmniej na tym poziomie ludzie reagują na osoby, a nie na emblematy. Myliłem się. Smutne, że w tak istotnej kwestii, ale cóż – myliłem się i tyle, nie ma co czarować rzeczywistości. Przy okazji pokazuje to, że idea okręgów jednomandatowych nie ma większego znaczenia – bo koniec końców i tak będą się liczyły emblematy. Tym bardziej...

Read More
Czego mi strasznie brakuje w tej kampanii?
Lis14

Czego mi strasznie brakuje w tej kampanii?

Niedługo cisza wyborcza, chciałem więc podzielić się z Wami, póki mogę, z pewnymi moimi wnioskami z obecnej kampanii samorządowej. To, że była niemrawa, zwłaszcza w Warszawie, to jedno. Serio, jeśli w 20-tysięcznym Krasnymstawie z którego pochodzi moja żona na ulicach dużo wyraźniej widać kampanię reklamową niż w dwumilionowej Warszawie, to coś jest nie tak. Do początku listopada w ogóle nie było widać żadnej kampanii. Gdy już jednak, na dwa tygodnie przed terminem kampanii, nawet w Warszawie coś się ruszyło, gdy zacząłem znajdywać w skrzynce ulotki, to moim problemem było głównie to, że w zasadzie niczym się od siebie one nie różniły. No, przesadzam, różniły się znaczkiem oraz kolorystyką. Jeśli jednak spojrzeć na treść, to nie różniły się niczym. Ot, dwa główne nurty: a) jestem bardzo fajny, zagłosuj na mnie b) jestem bardzo fajny i mam projekt: więcej przedszkoli i ścieżek rowerowych, zagłosuj na mnie Tyle. Nie znalazłem ani jednej ulotki na poziomie radnego czy sejmiku, która zawierałaby konkretny projekt, oczywiście poza tymi przedszkolami i żłobkami, o których pisali wszyscy. Nikt nie miał żadnego pomysłu na którym mógł oprzeć swoją kampanię, żadnej idei, choćby nawet szalonej. No, przepraszam – na poziomie prezydenta miasta Sasin faktycznie miał pomysł, „darmowy transport miejski dzięki podatkom od pracujących dojeżdżających”. Tylko on sam to akurat podważał nie płacąc w Warszawie podatków, więc to przykład dość kiepski, choć dobre i to. Jeśli ktoś kandydował na niższe stanowisko, zabrakło nawet tego. Szkoda, naprawdę, tym bardziej, że łatwo to zmienić, a wybór takiej jasnej, konkretnej sprawy uczyniłby danego kandydata dużo bardziej rozpoznawalnym i pozwolił mu łatwiej trafić do ludzi. Dlaczego więc tego nie robią? Moim zdaniem z dwóch powodów: a) Nie maja pomysłu, co mogłoby być taką sprawą. Smutne, ale prawdopodobne. Ta przyczyna jest jednak chyba mniej powszechna niż druga. b) Nawet gdyby mieli pomysł, boją się, że część osób by on zniechęcił. Tyle tylko, że nie jest to problemem! Tak, część wyborców się zniechęci. Ale wielu innych się zachęci. Kandydat zaś przede wszystkim się wyróżni! O ile więc dla 1-nek nie jest to może istotne, o tyle dla 3, 4 czy dalszych miejsc na listach jest to już jedynym sensownym rozwiązaniem. Cóż, może w następnych wyborach samorządowych ktoś to w końcu...

Read More
Reklama natywna – co to jest i dlaczego powinno Cię niepokoić?
Lis05

Reklama natywna – co to jest i dlaczego powinno Cię niepokoić?

Serwis NaTemat od jakiegoś czasu skupia się na promocji idei reklamy natywnej, przedstawiając ją jako coś pozytywnego i jako chwalebną przyszłość reklamy w internecie. Cóż, niestety nie wątpię, że prawdopodobnie (o ile ustawodawcy nie zareagują odpowiednio szybko), będzie to przyszłość reklamy w internecie. Tyle tylko, że to żaden powód do zadowolenia. Przeciwnie – to jedno z bardziej niepokojących współczesnych zjawisk i ogromny problem etyczny i społeczny. No dobra, ale o co ta cała afera? Czym jest ta cała reklama natywna? W dużym skrócie, reklama natywna to taka reklama, której nie da się zbyt łatwo rozpoznać jako reklamy. Która w sposób praktycznie niewyczuwalny miesza się i łączy z normalnymi, informacyjnymi, reportażowymi i opiniotwórczymi treściami publikowanymi w serwisach informacyjnych, blogach… Innymi słowy, czytasz sobie nius n.t. nowego odkrycia naukowego… i okazuje się nagle, że to żaden nius, tylko reklama nowego „cudownego” środka na odchudzanie. I to podana tak, jakby był to normalny opis odkrycia, a środek pojawiał się tam tylko jako demonstracja tego odkrycia. Informacja o tym, że cały tekst jest sponsorowany przez firmę sprzedającą ten środek jest trudna do wyłapania i większość osób ją przeoczy. Zapamięta tylko, że naukowcy wykazali niezwykłą skuteczność środka „Zrzućbrzuchjuż!” Czy zaczynają Ci już dzwonić w głowie dzwonki alarmowe? Bo mi owszem. Jasne, prawo mówi, że reklama musi być zawsze oznaczona, ale powiedzmy sobie szczerze, da się to w necie robić tak delikatnie i dyskretnie, że ludzie tego po prostu nie wyłapią. Już teraz nie wyłapują jasnych notek pt. „artykuł sponsorowany” (wg. badań, PODPISANY artykuł sponsorowany odróżnia od niesponsorowanego mniej niż 50% osób!). W przypadku marketingu natywnego będzie tylko gorzej, bo jest on od początku do końca zbudowany w oparciu o założenie maksymalnego wtopienia się w faktyczne treści danego portalu. Czy też gazety, bo coraz częściej po taki marketing, w pogoni za zyskami, zaczynają sięgać też fizyczne gazety i pisma. Przez długie lata w mediach panowała jasna, wyraźna zasada podziału tego co jest reklamą od tego, co jest informacją. Były z tym niewątpliwie problemy. W redakcjach były liczne wojny na temat tego, co można powiedzieć, a czego nie, by nie stracić sponsorów. Nikomu jednak nie przychodziło do głowy podawanie reklamy jako informacji. No cóż, od pewnego czasu to się zmienia. I nie myśl, że Twój wybrany portal będzie od tego wolny. Za dużo w tym kasy. Jeśli pozwolimy, żeby to przeszło, jeśli nie wymusimy, także w internecie, jasnego i wyraźnego oznaczania materiałów reklamowych od niereklamowych, pożegnaj się z jakąkolwiek wiarygodnością jakichkolwiek portali. Także buntowniczych, niezależnych, i w ogóle alternatywnych. Zawsze się znajdzie ktoś chętny zapłacić za dostęp do takiej grupy. Dotychczas jako odbiorca mediów trzeba było się zmagać głównie z niekompetencją dziennikarzy. (Wspomniany NaTemat i ich...

Read More