Pozwólmy naszemu społeczeństwu się zestarzeć!
Mar24

Pozwólmy naszemu społeczeństwu się zestarzeć!

Uwaga! W artykule obowiązują zasady dyskusji. Przestrzegaj lub wylatuj, wybór należy do Ciebie. Dyskusja w tym miejscu nie jest prawem domyślnym i jest ograniczona do osób potrafiących się zachować i uargumentować swoje stanowisko. Nawet skrajnie przeciwne – ale merytoryczne. W polityce toczy się debata o to, jak przeciwdziałać starzeniu się społeczeństwa. Co zrobić, by Polacy mieli więcej dzieci? Jak zażegnać kryzys demograficzny? Niezależnie od tego jakie rozwiązania – 500+, MDM, czy inne proponowane programy się rozważa, mam wrażenie, że wszyscy tak skupili się na szukaniu rozwiązań, że nikt nie zadał sobie podstawowego pytania: czy przeciwdziałanie starzeniu się społeczeństwa ma jakikolwiek sens? Normalna nienormalność Stabilny wzrost populacji wydaje nam się czymś oczywistym, a załamanie tego trendu jawi się jako kryzys. Historycznie patrząc, to kolosalny wzrost populacji w ciągu ostatnich dwóch wieków był historycznym wyjątkiem. Przez przygniatającą większość ludzkiej historii nasza populacja była relatywnie stabilna, rosła w tempie góra 0.5-1% rocznie. Dopiero rewolucje technologiczne – przemysłowa i rolnicza – umożliwiły utrzymanie nieporównywalnie większej populacji. W 1804 na Ziemi był miliard ludzi. Podwojenie tej liczby zajęło nam 123 lata, dobicie do trzeciego miliarda już tylko 33 i od tego czasu co kilkanaście lat przybywał nas miliard. Skrajnym absurdem – choćby ze względu na ograniczoną ilość zasobów – byłoby oczekiwanie, że takie tempo może się utrzymać. Zupełnym brakiem wyobraźni jest aktywne działanie na rzecz utrzymania takiego tempa. Zaliczyliśmy historycznie nietypową eksplozję demograficzną. Najwyższy czas pogodzić się z tym, że to sytuacja abnormalna i przejść nad nią do porządku dziennego. Tym bardziej, że właśnie przekroczyliśmy szczyt narodzin – w świecie rozwiniętym już dawno, ale kilka lat temu również w krajach rozwijających się. Najbliższych 35 lat to wciąż okres wzrostu populacji, ale stricte w wyniku spadającej śmiertelności (zwłaszcza niemowląt). Szczyt populacji zaliczymy prawdopodobnie około 2050, na 10-12 miliardach (o połowę więcej ludzi niż obecnie! wyobraź sobie jakie zasoby będzie to pochłaniało!). Później tak czy tak spadek jest nieunikniony. Ludzie żyjący w dostatku i bezpieczeństwie mają mniejszą potrzebę posiadania dzieci. Uprzedzając głupie rasistowskie fantazje – tak, ludzie z wszystkich kultur. Płodność jest pochodną śmiertelności dzieci – im więcej dzieci dorasta zdrowo, tym mniej dzieci chcemy w ogóle mieć, jako gatunek. Walka z takim spadkiem populacji jest więc ze swojej natury walką z wiatrakami. Względnie, urojeniową fantazją, w której cały świat przestaje się rozmnażać, za to Polki zmieniają się w istne klacze rozpłodowe, masowo produkujące dzieci. Bez jaj! (Pun intended 😉 ). Jedyny powód, dla którego tego nie widzimy, jako społeczeństwo, to zwykła bezwładność. Tak przyzwyczailiśmy się do tymczasowego trendu, że traktujemy go jako oczywiste prawo. Jak inwestorzy giełdowi, których akcje rosną i którzy przestają wierzyć w możliwość jakichkolwiek spadków. A co z… Na rzecz przeciwdziałania spadkowi...

Read More
Nieco ciekawostek z antropologii ekonomii. cz 2
Paź10

Nieco ciekawostek z antropologii ekonomii. cz 2

Skończyłem „Debt”, więc w ramach podsumowania dla siebie samego stwierdziłem, że dopiszę artykuł albo dwa z dalszymi ciekawostkami i wnioskami 🙂 Część pierwsza TUTAJ. 6. Niewola za długi… Historycznie rozwój długu prowadził do różnych form niewolnictwa, mniej lub bardziej oficjalnych, najczęściej w formie tzw. peonażu długowego, sytuacji gdy ludzie w wyniku odsetek (historycznie często drastycznie wręcz lichwiarskich) stawali się de facto niewolnikami, aż do momentu spłaty długu. Względnie sprzedawali w tej roli swoich bliskich – stąd przykazanie „Nie pożądaj żony bliźniego swego”. Nie chodziło tam o pożądanie seksualne, to załatwia „Nie cudzołóż”, tu chodziło o „nie pożądaj żony bliźniego swego jako niewolnicy, która będzie Ci prała gacie”, stąd w kolejnym przykazaniu „ani żadnej rzeczy, która jego jest”. Bo wspomniana żona była tu traktowana jako rzecz. 7. Jak ludzie stają się rzeczami Niewolnictwo natomiast jest niczym innym jak zamianą człowieka w dobro handlowe („commodity”). Specyfiką dóbr handlowych jest to, że są one wymienne, zatracają cechy indywidualne. Jeden worek kawy danego gatunku i jakości jest wymienny na dowolny inny podobny worek. Jedna puszka tuńczyka jest wymienna na dowolną inną. Jeden niewolnik określonej kategorii jest wymienny na dowolnego innego tej samej kategorii. Jest to oczywiście skrajnym wypaczeniem typowego układu funkcjonującego u ludzi. Nawet bliźnięta nie są przecież wymienne – każde z nich jest oddzielną osobą. Widzieliśmy to wyraźnie w przypadku pieniędzy społecznych, które służyły nie tyle „zadośćuczynieniu” za członka rodziny/plemienia, co podkreśleniu niemożliwości takiego pełnego zadośćuczynienia. Nasze więzi społeczne czynią każdego z nas wyjątkowym i unikalnym. To wszystko znika w przypadku niewolnictwa. Niewolnik – praktycznie zawsze siłą wyrwany ze swojego środowiska społecznego – traci te wszystkie więzi i w efekcie może stać się dobrem handlowym. Rzeczą, wymienną za inne rzeczy. 8.Kultura honoru Niewolnictwo i władza nad niewolnikami są w swej istocie procesami stricte statusowymi. Niewolnik nie posiada godności/honoru (w wielu kulturach osoba brana w niewole miała zagwarantowaną możliwość popełnienia samobójstwa, dopiero brak takiego działania prowadził do odebrania jej godności, którą zyskiwał biorący w niewolę). Jest to jedna z podstaw etosu wojownika – wojownik ma nadmiar godności, gdyż może jej pozbawić innych. Jednocześnie jednak sam nieustannie ryzykuje swoją godnością, bo jedna nieudana bitwa może oznaczać upadek ze szczytu na samo dno (jak w przypadku Valeriana, rzymskiego cesarza który skończył jako niewolnik, podnóżek sułtana Persji). Stąd też obsesja wojownika na punkcie godności/honoru i ciągła gotowość do jego obrony wpisana w tą kulturę. To z kolei sprawia, że honor zyskał dość specyficzne podwójne znaczenie. Z jednej strony honorowy człowiek to po prostu człowiek prawy i uczciwy. Ale z drugiej to człowiek skory do przemocy w imię kultury wojownika. Te dwa znaczenia przeplatają się i trudno jest je niestety rozerwać. Co to ma wspólnego z pieniędzmi...

Read More
Myliłem się
Lis17

Myliłem się

W świetle wstępnych danych nt. wyników kampanii samorządowej, zwłaszcza w zakresie rad miasta/dzielnicy/gminy muszę powiedzieć: myliłem się. To bardzo gorzkie „myliłem się”, bo mówi dużo negatywnego o procesach decyzyjnych ludzi w tych, najbardziej wszak bezpośrednich z wyborów. Niestety, okazuje się, że ludzie: – będący działaczami lokalnymi -zaangażowani w życie społeczności – mający konkretne projekty – często nawet znani publicznie – gotowi faktycznie chodzić od drzwi do drzwi i przekonywać wyborców… … wciąż okazują się być mniej atrakcyjni dla wyborców niż nieznani nikomu licealiści mający jednak wysokie miejsce na listach „dużych partii”. Myliłem się. Naprawdę sądziłem, że – przynajmniej w tej lokalnej skali – realne zachowania kandydatów będą ważniejsze niż przynależność partyjna. Uważałem, że przynajmniej na tym poziomie ludzie reagują na osoby, a nie na emblematy. Myliłem się. Smutne, że w tak istotnej kwestii, ale cóż – myliłem się i tyle, nie ma co czarować rzeczywistości. Przy okazji pokazuje to, że idea okręgów jednomandatowych nie ma większego znaczenia – bo koniec końców i tak będą się liczyły emblematy. Tym bardziej...

Read More
Czego mi strasznie brakuje w tej kampanii?
Lis14

Czego mi strasznie brakuje w tej kampanii?

Niedługo cisza wyborcza, chciałem więc podzielić się z Wami, póki mogę, z pewnymi moimi wnioskami z obecnej kampanii samorządowej. To, że była niemrawa, zwłaszcza w Warszawie, to jedno. Serio, jeśli w 20-tysięcznym Krasnymstawie z którego pochodzi moja żona na ulicach dużo wyraźniej widać kampanię reklamową niż w dwumilionowej Warszawie, to coś jest nie tak. Do początku listopada w ogóle nie było widać żadnej kampanii. Gdy już jednak, na dwa tygodnie przed terminem kampanii, nawet w Warszawie coś się ruszyło, gdy zacząłem znajdywać w skrzynce ulotki, to moim problemem było głównie to, że w zasadzie niczym się od siebie one nie różniły. No, przesadzam, różniły się znaczkiem oraz kolorystyką. Jeśli jednak spojrzeć na treść, to nie różniły się niczym. Ot, dwa główne nurty: a) jestem bardzo fajny, zagłosuj na mnie b) jestem bardzo fajny i mam projekt: więcej przedszkoli i ścieżek rowerowych, zagłosuj na mnie Tyle. Nie znalazłem ani jednej ulotki na poziomie radnego czy sejmiku, która zawierałaby konkretny projekt, oczywiście poza tymi przedszkolami i żłobkami, o których pisali wszyscy. Nikt nie miał żadnego pomysłu na którym mógł oprzeć swoją kampanię, żadnej idei, choćby nawet szalonej. No, przepraszam – na poziomie prezydenta miasta Sasin faktycznie miał pomysł, „darmowy transport miejski dzięki podatkom od pracujących dojeżdżających”. Tylko on sam to akurat podważał nie płacąc w Warszawie podatków, więc to przykład dość kiepski, choć dobre i to. Jeśli ktoś kandydował na niższe stanowisko, zabrakło nawet tego. Szkoda, naprawdę, tym bardziej, że łatwo to zmienić, a wybór takiej jasnej, konkretnej sprawy uczyniłby danego kandydata dużo bardziej rozpoznawalnym i pozwolił mu łatwiej trafić do ludzi. Dlaczego więc tego nie robią? Moim zdaniem z dwóch powodów: a) Nie maja pomysłu, co mogłoby być taką sprawą. Smutne, ale prawdopodobne. Ta przyczyna jest jednak chyba mniej powszechna niż druga. b) Nawet gdyby mieli pomysł, boją się, że część osób by on zniechęcił. Tyle tylko, że nie jest to problemem! Tak, część wyborców się zniechęci. Ale wielu innych się zachęci. Kandydat zaś przede wszystkim się wyróżni! O ile więc dla 1-nek nie jest to może istotne, o tyle dla 3, 4 czy dalszych miejsc na listach jest to już jedynym sensownym rozwiązaniem. Cóż, może w następnych wyborach samorządowych ktoś to w końcu...

Read More
Dlaczego politycy trzymają się nieskutecznych metod promocji?
Wrz05

Dlaczego politycy trzymają się nieskutecznych metod promocji?

Z każdą kolejną kampanią wyborczą, dotychczas stosowane środki przynoszą coraz słabsze efekty. To już nawet nie kwestia frekwencji wyborczej. Ignorowane są też spoty czy spotkania polityków. Wiele spotów w obecnej kampanii do europarlamentu z trudem uzyskało trzycyfrową liczbę wyświetleń, niektórym nie udało się nawet przebić setki! Dlaczego więc, mimo tych promocyjnych porażek, politycy uparcie trzymają się nieskutecznych rozwiązań? Po pierwsze- tak jest po prostu łatwiej dla wszelkiej maści spin doctorów i specjalistów od marketingu politycznego. Łatwiej jest robić to co zwykle. Nie wymaga to wysiłku, ani ryzyka, a ewentualną porażkę dużo łatwiej jest uzasadnić, choćby przez porównanie do konkurencji, która stosowała te same metody i również nie uzyskała zbyt dobrych wyników. Po drugie – nawet, jeśli dany specjalista chciałby zastosować bardziej kreatywne i potencjalnie dużo skuteczniejsze metody promocji, spotka się zwykle z dużym oporem samego kandydata. To zjawisko, które doskonale znają też specjaliści od zwykłej reklamy czy PR-u. Tacy fachowcy muszą zmagać zarówno z przekonywaniem grupy docelowej klienta oraz z oporami samego klienta, który ma swoją, naiwną wizję tego jak taka kampania promocyjna powinna wynikać. Fakt, że polityk zatrudnił sobie spin doctora nie mówi nic o  tym, czy pozwoli sobie przełknąć swoją dumę i oddać się w ręce tego specjalisty. Zdumiewająco często zleceniodawcy oczekują od takich fachowców raczej potwierdzenia, że ich własne pomysły są dobre, ew. „podszlifowania ich”, rzadziej są świadomi, że tak naprawdę nie znają się zbytnio na temacie i powinni zaufać wynajętemu specjaliście. Jeśli jednak nawet dany specjalista zdecyduje się stosować bardziej nowatorskie rozwiązania, a dany polityk przystanie na to, żeby to spin doctor  decydował o kampanii, sprawa bynajmniej nie jest jeszcze załatwiona. Wiele z potencjalnie najskuteczniejszych rozwiązań występuje bowiem przeciwko utrwalonym wzorom zachowań politycznych. Takim przykładem jest np. bezpośrednie odwiedzanie wyborców. Nie na wiecach, a bezpośrednio, odwiedzając ich w domach. Gdyby w czasie poświęconym na przygotowanie i opublikowanie klipu politycy odwiedzili kilka rodzin w swoim okręgu wyborczym, uzyskaliby nieporównywalnie większą skuteczność. Ci, którzy zdecydowaliby się na takie rozwiązania pierwsi, mogliby też liczyć na solidne nagłośnienie medialne. Nikt jednak się na to nie zdecyduje, ponieważ byłoby to dla takiego polityka zbyt upokarzające. Jak to – on, uznany działacz, ma być domokrążcą? Przecież to nie wypada! Co powiedzieliby koledzy partyjni?    Oczywiście, wychodzenie do wyborców jest tylko jednym z możliwych sposobów na zdobycie ich poparcia. Jest jednak odrzucane z tego samego powodu, z jakiego politycy odrzucają większość potencjalnie innowacyjnych rozwiązań. To właśnie lęk przed utratą statusu w swoim środowisku zawodowym jest głównym czynnikiem sabotującym starania większości polityków. Oceniają swoje działania z perspektywy tego, co powie o nich ich otoczenie (inni politycy), a nie z perspektywy wyborców. Z psychologicznej perspektywy jest to bardzo naturalna skłonność. Podobny błąd popełnia np....

Read More
Dlaczego politycy nie rozumieją internetu?
Wrz05

Dlaczego politycy nie rozumieją internetu?

Parodie fotografii posła Jacka Kurskiego pozującego na Majdanie obiegły internet. Dały przy okazji wyraźny znak, że politycy po prostu nie rozumieją, jak internet działa. Dlaczego? Jakie może to mieć konsekwencje?   Muszę coś wyznać – nie widzę niczego złego w oryginalnej fotografii Kurskiego na Majdanie. Tak, było w tym może nieco próżnego pozowania, ale kto z nas nigdy nie pozował odrobinę, czy nie dał się ponieść próżności? Nie widzę też niczego złego w reakcji internautów na fotografię. Była okazja do pośmiania się, to internet się pośmiał. To naturalna reakcja środowiska, gdzie, było nie było, większość najaktywniejszych użytkowników stanowią nastolatki. Ot, jedna z tysięcy takich akcji zachodzących na świecie w ciągu roku. Wczoraj była moda na „Happy”, dzisiaj na „Kurskiego”, jutro będzie coś innego – nastoletni internet to dynamiczna podróż, w której zatrzymujesz się na ułamek sekundy by całym sobą popodziwiać widoki i zaraz pędzisz dalej, do kolejnej ciekawostki. Jacek Kurski po prostu pełnił przez chwilę rolę takiej ciekawostki. Bez żadnego hejtu – to nie o Kurskiego chodzi, każda inna osoba na tym samym miejscu zaliczyłaby dokładnie ten sam motyw. Jego własna reakcja na to – podobnie jak reakcje innych polityków – pokazują jednak, że współcześni politycy po prostu internetu nie rozumieją. Nic w tym dziwnego – to nie ich pokolenie. Ba, większość z nich jest o dwa albo nawet trzy pokolenia za internetem. Nie można ich wiec winić za niezrozumienie zjawiska, które po prostu nie pochodzi z ich czasów.   Pytany o falę parodii jego zdjęcia, Jacek Kurski, w wywiadzie dla NaTemat stwierdził m.in. „Spec od mediów społecznościowych daje mi głowę, że stała za tym agencja PR-owa.” oraz „W tym kontekście mogę mówić tylko o ataku na mnie, którego nie da się odkręcać przy tak masowym hejterstwie, zarządzanym zresztą za duże pieniądze przez firmę PR-ową.” Nie wiem czy jakiś spec od mediów społecznościowych faktycznie tak powiedział posłowi Kurskiemu, czy może przeinacza on usłyszane słowa. Jeśli powiedział, to raczej dla ugłaskania znajomego/potencjalnego zleceniodawcy, Chyba, że ów spec, razem z posłem Kurskim, sugerują, że pamiętana sprzed dwóch lat sytuacja z „Chytrą Babą z Radomia” również była zorganizowana przez agencję PR? A może to wspomniana Chytra Baba jest tym nieujawnionym specem?   W rzeczywistości sprawa jest dużo prostsza. Internet się śmieje. Przypadkiem poseł Kurski dał internetowi nowy temat do śmiechu. Jak to w internecie, sprawa szybko przeminie. Chyba, że poseł Kurski skontaktowałby się z faktycznym ekspertem do spraw Social Media, a nie z Panią 3Cytryny. Taki ekspert mógłby mu doradzić wykorzystanie obecnej kampanii wirusowej i zbudowanie na niej popularności wśród młodzieży – także tej mającej prawo do głosowania.  Zamiast walczyć z obrazkami czy określać je mianą kampanii hejtu, powinien sam natychmiast siąść...

Read More