„Internet – czas się bać” – przemyślenia

„Internet – czas się bać” Wojciecha Orlińskiego to dość ciekawa analiza współczesnego internetu, zarówno z perspektywy historycznej, jak i przyszłych możliwości. Jak również – jak sam tytuł wskazuje – zagrożeń, jakie są z tym związane.

Nie powiem, żebym zgadzał się ze wszystkim, co WO pisze, tym niemniej są to uwagi niewątpliwie warte poznania i przemyślenia. Poniżej nieco moich obserwacji, podsumowań i przemyśleń z tego tomiku.

net

* Podstawową tezą Orlińskiego jest sugestia, że internet powinien być traktowany jako usługi komunalne.

Usługi tego rodzaju – takie jak woda czy prąd – nie do końca mogą podlegać wolnemu rynkowi. Nie jest bowiem realistyczne, żebyś miał w kuchni 10 kurków od różnych dostawców i odkręcał akurat ten, którego właściciel oferuje Ci najlepsze stawki. Nie jest również realistyczne – przynajmniej przy zachowaniu obecnych standardów cywilizacyjnych – żeby elektrownie podlegały w pełni wolnemu rynkowi i jeśli akurat zbankrutują, to niech padają, a ludzie czekają bez prądu kilka lat, do czasu aż konkurencja zbuduje własną sieć elektryczną. Niezbędny jest pewien państwowy nadzór nad tymi usługami i firmami je dostarczającymi, choćby z tego powodu, że gdyby takiego nadzoru zabrakło, wrogie państwa mogłyby de facto sparaliżować dane państwo wykupując kilka kluczowych firm i zawieszając ich działalność na dwa-trzy tygodnie.

Orliński postuluje, że internet stał się obecnie tego rodzaju usługą. Czy chcemy, czy nie, staje się on coraz bardziej niezbędny dla naszego funkcjonowania, a im więcej osób korzysta z niego (lub z jego podusług, np. Facebooka), tym mniejszy wybór mają wszyscy. Bo jaki wybór ma uczeń, którego wychowawczyni wszystkie informacje klasowe umieszcza w grupie na Facebooku? Jaki wybór masz, gdy padają kolejne lokalne księgarnie? Po prostu trzeba kupować w necie… A jeśli jeszcze nie trzeba, to za jaki czas stanie się to po prostu jedyną opcją…

Co więcej, o czym Orliński nie wspomina, zapewne ze względu na termin wydania książki – Chiny już poszły tu o krok dalej. Ich państwowy odpowiednik Facebooka docelowo ma być wykorzystywany m.in. do decydowania o zdolności kredytowej… a z drugiej strony działa jako mechanizm presji społecznej, subtelnie zniechęcający do znajomości z osobami o dysydenckich poglądach (i zachęcający do „prawilnych” znajomości).

I wszystko byłoby fajnie, tylko w necie to Google, Facebook i inne radosne korporacje mają tu prawa absolutne, bez jakichkolwiek możliwości odwołania. Jeśli nie spodobasz się facebookowi, pyk i Cię nie ma. I nie masz opcji protestować. Dlatego sam absolutnie nie rozumiem firm, które nie mają własnych domen, ograniczając się tylko do strony na facebooku. Poleganie na humorach amerykańskiego giganta jest skrajnie absurdalne.

Ba, taka władza korporacji idzie nawet dalej. Amazon ma np. prawo zmienić treść książek, które kupiłeś od nich na Kindle… bez Twojej zgody i bez Twojej wiedzy. Wystarczy, że komuś coś się nie podoba.

Ups.


* Jak rodzą się demony?

Dla jasności, w większości wypadków korpo nie robią tego co robią, bo są integralnie złe. Natomiast celem korporacji zwykle jest po prostu zarobek, a to niestety – i są na to badania – sprzyja oszukiwaniu i łamaniu standardów etycznych. Paradoksalnie prowadzi to do mniejszego, długoterminowo, zarobku, ale to już inna kwestia. Jeśli połączysz to z typowym bezwładem wielkich organizacji i z biurokratyzacją jakiej ulegają (wraz z naturalną tendencją każdej biurokracji do organizowania świata tak, żeby wszyscy się od nich odczepili i pozwolili spokojnie pracować i pić kawę), powstają niestety potworki i to potworki o globalnej mocy.


* Po prostu czytaj licencje

Przy okazji, na tym etapie ludzie często kontargumentują, że wystarczy czytać EULA, licencje i wszystko będzie ok. Tyle tylko, że licencje te pisane są stricte terminami prawniczymi, niespecjalnie jest opcja ich zmiany, tylko zgody lub odrzucenia- co w usługach komunalnych średnio działa, planujesz nie używać e-maila albo wyszukiwarki? Powodzenia! Do tego czas ich lektury, gdyby je faktycznie czytać, sumowany jest na… 180 godzin rocznie. Ewentualna kontrola, jeśli taka ma być, powinna pochodzić ze strony rządów, bo jednostki nie mają na to szans.


* Nie masz prywatności, nie masz praw.

Usunięcie swojego zdjęcia, itp. z internetu, jeśli nie chcemy by tam było, jest w zasadzie niemożliwe. Tzn. możemy się sądzić z osoba, która je umieściła, ale już nie z np. Instagramem, na który zostało wrzucone. Prawo jest bowiem tak skonstruowane, że musimy się domagać indywidualnego usunięcia każdego pojedynczego filmu. Co zajmuje tygodnie i miesiące. Przez który to czas można stworzyć dosłownie miliony kopii w różnych miejscach. Powodzenia.

Dlaczego jest to problemem? Po co było sobie robić zdjęcia, jeśli nie chcemy ich publicznie widzieć? Pomijając dość paranoiczną logikę tego argumentu, zakładającą totalny brak prawa do prywatności, co np. z osobami, którym zdjęcia zrobiono wbrew ich wiedzy i bez żadnej zgody? Np. ukrytą kamerą w przebieralni albo toalecie?

A co jeśli ktoś weźmie Twoje normalne zdjęcie, podpisze je „pedofil, molestował moją córkę” albo „podejrzany w zamachu terrorystycznym” i rozklei po internecie? Taki jesteś pewien, że nikt tego nie zrobi? Albo, że internet Cię nie zlinczuje nie dając żadnego prawa obrony?

To nie hipotetyczny przypadek – takie sytuacje już miały miejsce.

A i nie łudź się, że jak Ty nic nie wrzucasz do internetu, to jesteś bezpieczny. Jesteś pewien, że nikt z kumpli z podstawówki nie wrzucił zdjęcia klasowego na Naszą Klasę? Że znajomy z pracy nie wrzucił na profil fotki z imprezy firmowej, na której akurat Cię widać? Że Twoja uczelnia nie zrobiła Ci publicznego profilu?

Gwarantuje Ci, masz dużo mniejsza kontrolę nad swoimi danymi czy wizerunkiem, niż Ci się wydaje…


* Prawo do braku dostępu do informacji

W przypadku rządu masz – mniej lub bardziej ograniczone, ale masz – prawo do dostępu do informacji. W przypadku googla czy facebooka nie masz absolutnie niczego, choć firmy te mają na Twój temat po kilkaset stron treści. Nie tylko na jakie strony wchodzisz, ale też np. w jakich kawiarniach pijasz kawę, kiedy i z kim. Bo wiesz, Twój telefon połączył się ze Starbucksa z ich stroną o tej i o tej godzinie. Tak, to też zdradza co, jak i gdzie robiłeś.

Co gorsza, nie masz sposobu na otrzymanie tych informacji, bo korpo te mają tak rozmieszczone siedziby, by czerpać najlepsze elementy z praw poszczególnych państw. O podatkach nie wspominając.

By być fair, są działania EU mające ten trend zniwelować, ale to na razie powolny proces.


* Propaganda by Google

Jeśli Google Cię lubi – jesteś widoczny. Jeśli Cię nie lubi, znikasz. To takie proste. To m.in. przyczyna popularności wikipedii. Uwielbia ją wiceprezes Google, dofinansowuje licznymi darowiznami… i promuje w wyszukiwarce nad konkurencyjnymi internetowymi encyklopediami.

Google decyduje co zobaczysz, jakie treści Ci pokazać. Jeśli będzie chciał wpłynąć na Twoją postawę, po prostu w niezauważalny sposób zacznie Ci podrzucać więcej takich, a mnie innych treści. I nie masz nad tym żadnej kontroli.

I nie licz na to, że takie kwestie jak „wolność słowa” działają na Facebooku czy w Google. Gdy rząd USA – wszak duży reklamodawca – wkurzył się na Wikileaks, w zasadzie wszystkie duże korpo zaczęły go blokować i ograniczać – wywaliły z opłacanych serwerów, wypowiedziały umowy o obsługiwaniu płatności, zaczęły przycinać w wyszukiwaniu. Ręka rękę myje, kiedyś korpo będą chciały coś od rządu i się przypomną…


Ciekawym było zwrócenie uwagi na fakt, że polskie protesty przeciwko ACTA były w zasadzie uwarunkowane wcześniejszą intensywną akcją anty SOPA/PIPA prowadzoną przez największe internetowe korporacje – Facebooka, Google, Wikipedię. To dlatego wtedy były takie reakcje, a np. niedawne prawo o inwigilacji nikogo w internecie nie wzruszyło. Zabrakło stosownego utorowania.


A’propos  wspomnianej wikipedii – choć startowała mocno społecznie, obecnie widzimy dość standardowy wzorzec biurokratyzowania się i zamykania w gronie starej „elity” moderatorów, z odbijaniem wszelkich nowych. Web 3.0 okazał się w dużej mierze mrzonką ignorującą nasze polityczno-społeczne małpie uwarunkowania.


* Bałkanizacja sieci

Wbrew tezom o „globalnej wiosce”, współczesny internet coraz bardziej się dzieli i izoluje. Facebook utrudnia Googlowi znajdowanie treści zawartych na FB. Google blokuje w podobny sposób dostęp do swoich treści społecznościowych. Zamiast każdego mającego kontakt z każdym mamy tak naprawdę tworzenie internetowych granic.

I tak, dotyczy to tylko największych graczy – ale realistycznie to od nich jesteśmy uzależnieni. Jak znikniesz z googla, to kto Cie będzie szukał w innych wyszukiwarkach?


* Asymetria informacji

Kapitalizm działa dobrze w momencie stosunkowo dużej symetrii informacji – jeśli obydwie strony mają dostęp do podobnych informacji, wtedy towar/usługa sprzedawana jest w granicach wartości rynkowej. Przy dużej asymetrii informacji jedna ze stron korzysta bardzo na niewiedzy drugiej.

No cóż, korpo mają nad Tobą kolosalną przewagę informacyjną, przez dostęp do informacji, nie zawsze etyczny i przez samą swoją skalę. Internet jedynie to potęguje i wzmacnia. Co oznacza, że mniej lub bardziej dyskretnie przepłacasz im na każdym kroku. Miłej zabawy.


* Korpokracja kultury

Najpopularniejsze filmy na youtube, w dowolnym momencie, zostały wykreowane i spopularyzowane przez korpo. Sprawdź sam, top 10 czy top 100. Nawet Gangam Style swój sukces w dużej mierze zawdzięcza właśnie odpowiednim korpotrikom – np. w teledysku pojawia się całe morze koreańskich celebrytów, którzy zapewnili nagraniu odpowiednią popularność w Korei, popularność, która mogła być następnie zlewarowana – przez celebrytów i dziennikarzy powiązanych ze studiem muzycznym reprezentującym rapera Psy – na globalną popularność.

Tu jest jedno z tych miejsc, gdzie do końca się z Orlińskim nie zgadzam. Owszem, wsparcie korpo zwiększa dramatycznei szanse na sukces, może jest wręcz niezbędne do niego, ale go nie gwarantuje. Inaczej od czasu Psy mielibyśmy szereg innych podobnych hitów, a nie mieliśmy ani jednego. Korpo -jak widać choćby po reakcji studiów filmowych na sukces Deadpoola – są też dość ociężało-bezmyślne, próbują kopiować wzór bez zrozumienia istotnych jego elementów i wychodzi im małpowanie. Nie jest więc aż tak tragicznie, jak przedstawia Orliński. Zdecydowanie nie jest jednak tak fajnie, jak chcieliby zwolennicy „krynicy twórczości internetu”, czego zresztą dowodzą choćby niedawne jatki na youtube. (Niezależni twórcy dostają mocno w kość od zautomatyzowanych systemów YT.)


Co można z tym zrobić?

No dobra, jest źle, ale co da się z tym zrobić?

Nie da się wepchnąć dżina z powrotem do butelki. Przywołując świetny cytat z Dollhouse, „the tech cannot be un-invented”, nie można odwrócić postępu technologicznego. Ale można przynajmniej spowolnić progres niekorzystnych zmian.

Np. głosując portfelem i wybierając usługi, które nie dają sobie absurdalnych praw amerykańskich korporacji. Kupując ebooki, nie kupuj ich na kindla w amazonie – przecież inne i tak wgrasz na swojego kindla, ale licencja działa juz inaczej. Kupując muzykę, oprogramowanie, filmy, itp. sprawdzaj warunki (wiem, nie masz na to czasu – ale są strony zbierające i sumujące najważniejsze różnice) i wybieraj najlepsze.

Możesz próbować naciskać na polityków, by zaczęli wymagać od korporacji większej odpowiedzialności. Zwłaszcza, jeśli mieszkasz na zachodzie i tam masz prawo głosu – bo co tu dużo mówić, ten głos będzie bardziej słyszalny.  Jeśli nie wiesz na co naciskać, zacznij od nacisku na ograniczenie/zablokowanie TIPP, bo to niestety przyczynek do ogromnej władzy korporacji na świecie i de facto zrównania ich z państwami.

Ciekawą opcją jest też zabawa w cyfrowego schizofrenika – okazyjne celowe zachowania psujące całkowicie Twój profil w big data wielkich firm. Okazyjnie wyszukaj więc rzeczy dla dzieci – nawet gdy takowych nie masz i nie posiadasz. Wejdź na strony o skrajnie sprzecznych z Twoimi poglądach. Wprowadź chaos do ich baz danych. To partyzantka, ale jeśli dość osób to zrobi, szum informacyjny może zrobić się całkiem głośny.

Author: admin

Share This Post On
  • 1. Tak, zgodzę się. W pewnym sensie jest, bo wszystkie główne węzły i serwerownie należą do państw (nie wszystkie oczywiście) i znajdują się na uczelniach. Choć tak naprawdę to znajdują się w ramach NGO patrz organizacja W3 🙂

    2. To jest wada korpo dla których wciąż jeśli nie zrobią startupowego dobrego środowiska do przejmowania projektów to potem muszą płacić duże pieniądze startupom technologicznym. Patrz przykład instagrama, który został kupiony przez FB za niesamowicie wielką sume wręcz.

    3. Tak, czytaj regulaminy, na to nie ma innej opcji. Chcesz własny mail, kupuj domene i serwer oraz sam zarządzaj tym. Chcesz wyszukiwarki to masz takie projekty opensource jak https://duckduckgo.com/

    4. Lincze są zależne od ludzkiej moralności a nie od technologii. Wcześniej też można było opowiadać plotki i masa osób w to wierzyła. Potem były szyldy, obwieszczenia, gazety,plakaty, internet. Nie medium jest problemem, a prywatność w dużej mierze nie istnieje. Co lepsze teoretycznie wszystkie dane nt jednej osoby to grosze (dostępy do bazy danych gdzie masz kilkaset tysięcy rekorów lecą w kilka tysięcy dolarów, co znaczy że jedna osoba w danych jest warta max kilka dolców)

    5. Google, endgerank, takich algorytmów jest mnóstwo. Jednak jest coś takiego jak prawo do zapomnienia https://support.google.com/legal/troubleshooter/1114905?rd=2 co póki co jest realizowane jak usuwanie zdjęcia, bo w drugą stronę zachodzi możliwość cenzury (np. użycie zwrotu „chuj” w youtube jest wycinane przez co kanał Abstrachuje nie pokazuje sie w wyszukiwarce. Jednak wait, sami tego chcieliśmy aby nasze dzieci/etc nie widziały takich rzeczy na pierwszy rzut oka.

    6. Bałkanizacja sieci
    Ech. Każdy koncern internetowy chce aby myśleć że jest jedynym – zwiększa to jego zyski. Dodatkowo koncerny te wymieniają sie swoimi danymi, a utrudniają tylko pozornie. Jak zaczniesz wyszukiwać monitorów w google to potem na fb masz reklamy monitorów 🙂

    7. To zależy od wyszukiwarek i zwróć proszę uwagę, że piszę w liczbie mnogiej. Dywersyfikujac źródło informacji masz lepsze rezultaty. To że ludzie przyzwyczaili sie do googla (choć imo powoli bardziej do fb) to inna bajka.

    8. Korpo ma majątek aby stworzyć wiral – to prawda. Zwróć jednak uwage że pieniądze jak we wszystkim – pomagają nie gwarantują sukcesu. Lepszym przykładem jest moim zdaniem „What the fox say” czy woda Wytatutas albo podkładkę squatty potty gdzie zrozumiano abstrakcyjny humor internetu

    Z podsumowania zgodzę się tylko z naciskaniem na polityków aby jako zbiorowość tworzyć naciski na organziacje które tworzą internet i nie jest to google czy facebook (to usługodawcy w internecie, a nie jego budowniczowie). Jeśli chodzi o schizofrenię to niewiele to da w przypadku big data, bo a) jest męczące b) efekt skali musiałby być duży, a algorytmy same dbają aby ludziom były łatwiej bo po to zostały stworzone.
    Dodatkowo google zrobiło algorytmy wygrywające w GO, oraz symulację wzoru człowieka i kazało tej symulacji obejrzeć filmiki na yt. Algorytm tak nauczył sie słowa kot i umiał stworzyć jego definicję. http://www.wired.com/2012/06/google-x-neural-network/

    • sprytny kot

      ,,Tak, zgodzę się. W pewnym sensie jest, bo wszystkie główne węzły i serwerownie należą do państw (nie wszystkie oczywiście) i znajdują się na uczelniach. Choć tak naprawdę to znajdują się w ramach NGO patrz organizacja W3 ”

      Moim zdaniem jest to wielka wada internetu. Niestety nikt do konca nie wie jakie sa koszta alternatywne panstwowego wdrozenia internetu, lecz śmiem przypuszczac – że gdyby infrastruktura internetu powstala na wolnym rynku – bylaby znacznie lepiej zoorganizowana (jak wszystko w IT, co jest wystawione na komercje – przegania stare technologie o lata świetlne. Choc wsrod programistow starej daty czasem spotyka sie poglady, aby wszytsko ujednolicac w imie pozornego uproszczenia srodowiska). Wystarczy przyjrzec sie poczatkom tych technologii – jak bezmyslenie zostaly one zoorganizowane (od standardow protokolow komunikacyjnych poczynajac!).
      Co prawda na wolnym rynku internet powstałby zapewne kilkanascie lat pozniej – ale szybko nadgoniłby technologicznie obecny internet i mialby wiekszy potencjal na dalszy rozwoj. Wspomniane W3 tworzy technologie skrajnie niewydajne i nie za bardzo jest mozliwosc to zmienic, dlatego, że cala infrastruktura jest pod scisla kontrola regulacji urzedniczych.

      • Wybacz, ale mrzonka o tym, że wolny rynek wszystko najlepiej organizuje to naprawdę bajeczka dla libertariańskich kuców 😉 Chcesz postować u mnie na blogu, oczekuję wyższego standardu.

        • sprytny kot

          Nie jestem kucem i pisze to po prostu z wlasnego doswiadczenia jako programista z dosc duzym stazem. Jesli widac oczywiste braki w obecnych technologiach internetowych – i nie sa one zmieniane bo sa uregulowane przez instytucje nadzorowane przez panstwo – to nie mam wyboru, aby uznac panstwo za szkodnika w tym wzgledzie (przyklad kosztu alternatywnego inicjowania technologii internetowych przez panstwo jest TCP/IP, ktore jest znacznie gorsze w uzytku niz wymyslona przez koncern Xerox technologia XNS). Poza tym internet sam w sobie ma cos nie tyle z wolnego rynku ale wrecz z samorganizujacej sie anarchii. Widac to chociazby w sieciach rozproszonych typu tor, bitmessage, I2P itd. Jak chcesz ten segment rynku uregulowac? Dopoki nie skasujesz calej technologii internetowej, dopoty anonimowe sieci rozproszone beda mialy sie dobrze.

          Dlatego bez sensu jest regulowac internet, bo konsumentom to nie sluzy a osoby zajmujace sie przestepczą dzialalnoscią i tak uciekną do sieci rozproszonych i kryptografii. Oczywiscie na drodze sadowej powinno sie wylapywac przestepstwa internetowe na ile to mozliwe ale to akurat oczywiste, natomiast wszelkie instytucje nadzorcze czy unifikujace po prostu psują rynek i go spowalniają.

          • Zakładanie, że uregulowania państwowe są czynnikiem hamującym jest nieuprawniony. I nie, to co piszesz o internecie to niestety, ale mrzonki 🙁 Sądzę, że jesteś idealnym odbiorcą książki Orlińskiego i gorąco zachęcam Cię do powrotu do dyskusji PO TYM jak ją przeczytasz 🙂

          • sprytny kot

            postaram sie zapoznac z ta pozycją

  • sprytny kot

    kapitalizm dziala dobrze wlasnie dlatego, że jest asymetria informacji, bo dzieki niej w ogole mozliwy jest zysk, natomiast samo dazenie do zysku sprawia, że rynek poprzez korekty rozproszonych dzialan przedsiebiorcow zbliza sie do punktu rownowagi lecz nigdy go nie osiaga.
    Poza tym nie za bardzo wiem, skad te zalozenie, że firmy prywatne mają wiekszą sklonnosc do lamania prawa i dzialania wbrew interesom konsumentow nizeli monopole panstwowe czy komisje nadzorcze? Z monopolami panstwowymi jest tego typu problem, ze w przypadku popelnienia bledu – konsekwencje bledu roznoszą sie globalnie, natomiast w przypadku firm prywatnych – lokalnie.

    • Mylisz się. Asymetria informacji jest absolutnie niepotrzebna dla zysku i w idealnym kapitalizmie w ogóle nie występuje. Idealny rynek polega na tym, że ja po prostu oferuję Ci wysokiej jakości towar czy usługę, po uczciwej cenie, a Ty tych rzeczy potrzebujesz lub pragniesz, więc je kupujesz. Bez żadnego ściemniania, bez tego, że ja wiem, że towar ten ma ukrytą wadę i w ten sposób zawyżam cenę, itp. To co promujesz to właśnie patologia kapitalizmu.

      W wypadku firm prywatnych konsekwencje się roznoszą lokalnie? Taaaak, błąd w Google ma na pewno mniejszy zasięg niż błąd w Polskim urzędzie 😀 Bez jaj. A twierdzenie o większej skłonności do łamania prawa w wypadku korporacji (nie firm prywatnych, korporacji ,to dość kluczowa różnica, bo firmy prywatne mogą być budowane z różnymi celami, natomiast jedynym celem korporacji jest zysk akcjonariuszy) to nie założenie – tak po prostu jasno mówią badania w temacie.

      • sprytny kot

        Takie wyobrazenie kapitalizmu to bardziej Adam Smith czy neoklascy, ktorzy wyidealizowane modele ekonomiczne rzutują na skonkretyzowaną rzeczywtosc. Na rynku nie ma punktow rownowagi, doskonalych konkurencji itp. i nigdy nie bedzie – jest to ideacja zupelnie oderwana od realiow juz w swych zalozeniach teoretycznych..Przedsiebiorca zachecany jest do dzialania przez mozliwosc wiekszego zysku, a wieksze mozliwosci zysku rosną w tych segmentach rynku gdzie jest wieksza asymetria. Tam gdzie rynek zbliza sie do symetrii informacji, tam mozliwosci zysku maleją. Nie za bardzo jestem w stanie sobie wyobrazic jakby to mialo inaczej wygladac! (przykladem mogą byc sposoby szukaniu zysku w handlu internetowym)

        A blad google ma caly czas zasieg lokalny, bo potencjalnie moze byc natychmiast skorygowany przez konkurencje, dopoki nie ma urzedowych barier wejscia na rynek. Natomiast blad instytucji nadzorczej moze byc korygowany jedynie przez ich samych czyli mozliwosci korekty maleją w liczbie adekwatnej do potencjalnej konkurencji, ktora naturalnie pojawilaby sie na rynku. Co wiecej, google ma na sobie ogromną presje konkurencji, aby nie popelniac bledow, natomiast jaką presje ma nad sobą instytucja nadzorcza, ktora unifikuje caly rynek?

        • To, że możliwości zysku maleją nie jest sensownym argumentem. Tak, maleją. Podobnie zakazywanie prawne oszustw zmniejsza możliwości zysku. Tylko co z tego? Samo dążenie do zysku, bez brania pod uwagę innych czynników jest wartością szkodzącą wszystkim, łącznie z dążącym do zysku (np. akcje firm skupionych na tym mają się gorzej, niż firm dążących też do innych wartości).

          Jak by to miało inaczej wyglądać? Opisałem Ci już. Wykonujesz dobrą robotę i dostajesz za nią dokładnie tyle, ile jest obiektywnie warta. W ten sposób pozbywamy się ogromnej masy pseudogospodarki, która nic realnego nie generuje i przelewa z pustego w próżne – dodatkowy zysk.

          Błąd googla może być skorygowany przez konkurencję… Taaak, wcale w globalnym kapitalizmie nie ma barier wejścia na rynek, tak długo jak nie są one rządowe. Może jednak zejdźmy na ziemię, ok? 🙂 Zupełnie, ale to zupełnie ignorujesz konsekwencje monopolizacji. Google ma presję konkurencyjną? Bullshit. Google sobie konkurencję dawno wykupił i nie ma obecnie żadnej realnej.

          • sprytny kot

            Nie zrozumialem twojego przykladu ze skupowaniem akcji przez firme. W ktorym momencie dazenie do zysku jest szkodliwe? Oczywiscie w sensie czysto ekonomicznym, bo obawiam sie, że wtracasz watek etyczno-spoleczny do dyskusji, gdzie zysk ma zupelnie inne znaczenie. A ja sie zgadzam z tym, że ze wzgledu na czynniki moralne czy spoleczne mozna prawem ograniczac mozliwosci pozyskiwania zysku, ale skupmy sie na sensie czysto ekonomicznym.

            Tak wiec opisz model dzialania centralnego urzedu, ktory mialby redukowac problem asymetrii. Czym by sie kierowalo dzialanie urzedow kontroli?
            Zysk jest scisle zwiazany z przedsiebiroczoscią a przedsiebiroczosc z odkrywaniem biezacych i przyszlych preferencji konsumentow (odkrywanie opiera sie o rozne techniki heurystyczne, ktore nie sa nieomylne i nie dają pewnosci prognozy). Jesli kreatywne dzialania przedsiebiorcow nie mogą byc w pelni racjonalne to wlasnie neoklasyczne teorie o homo oeconomicus sa pobozną mrzonką. Natomiast jesli przyjmujesz perspektywe centralistycznego koordynatora bledow – musisz poniekad wierzyc w homo oeconomicusa i zakladac, że uda sie stworzyc jakis w pelni racjonalny model teoretyczny, ktory bedzie w czasie rzeczywistym dokonywal korekty bedac przy tym bezbledny (inaczej bedzie doprowadzal do globalnych kryzysow w danym segmencie gospodarki). Problem w tym, że na rynku codziennie popelnianych jest miliony bledow i czynnikami pozwalajacymi dokonac korekty jest nastawienie na maksymalizacje zysku (w sensie ekonomicznym), konkurencja i mozliwosc bankructwa (jako forma oczyszczenia rynku z popelnionych bledow przez przedsiebiorcow). W przypadku centralistycznego zarzadzania rynkiem te trzy czynniki sa albo calkowicie eliminowane z rynku albo znacznie redukowane, co zmniejsza efektywnosc rynku.

            Uzyles terminu ceny obiektywnej, problem w tym, że nie ma takiego modelu teoretycznego, ktory bylby w pelni spojny (w XIX wieku laborysci tacy jak Adam Smith czy Marks takie tworzyli, lecz te koncepty nie obronily sie). Gdyby istnial model ceny obiektywnej i daloby sie go zaimplementowac – to rzeczywisice moznaby zrezygnowac w pelni z kapitalizmu i przejsc na 100% socjalizm. Jednak poki co zadna szkola nie poradzila sobie z problemem kalkulacji ekonomicznej a niektore wrecz wskazuja, że jest to teoretycznie niemozliwe. Nawet jesli zalozymy, że ktos stworzy spojny model i bedzie to teoretycznie mozliwe – to w obecnych realiach jest to science fiction, dopoki nie rozwiną sie technologie, ktore w czasie rzeczywistym beda przeliczac nieskonczone ilosci danych koordynujac caly obieg preferencji rynkowych.

            Tak wiec socjalizm tak, ale tylko w aspekcie spelniania funkcji spolecznych majac swiadomosc jego rynkowej niefektywnosci oraz musi temu towarzyszyc wysoka kultura wolnego rynku jak ma to miejsce w krajach skandynawskich chociazby. Jesli chodzi o ustrzeganie sie kryzysow globalnych to trzeba dazyc do calkowitej prywatyzacji pieniadza i wolnej bankowosci – a stanie sie to dopiero mozliwe jak rzady wycofaja sie z polityki opartej o dlug publiczny i deficyt.

            Gdy w Ameryce w czasie wielkiego kryzysu bankrutowaly kolejne banki to w szwecji – ktora slynela wowczas z wolnej bankowosci – zaden bank nie zbankrutowal pomimo, że panstwo nie dalo im ani centa (!)

          • Również w sensie ekonomicznym – badania są bezlitosne, korpo nastawione na czysty zysk dają paradoksalnie niższy zwrot.

            Kwestia ceny obiektywnej jak ją opisujesz jest zbędna. Wystarczy jak największa redukcja asymetrii informacji.

            Terminy socjalizmu i kapitalizmu jak ich używasz są, mam wrażenie, sprzeczne z powszechnym ich rozumieniem, tudzież ze słownikową definicją.

            Teza o całkowitej prywatyzacji pieniądza pokazuje, że niespecjalnie rozumiesz czym jest pieniądz i jaką rolę odgrywa. Proponuję lekturę „Debt” Graebera na początek.

            Proponuję też unikać fałszywych korelacji – np. ta ze Szwecją i USA ignoruje choćby kwestię państwowych ograniczeń na niektóre działania banków. „Deczko” odmiennych w USA i w Szwecji. Generalnie zresztą w swoim wnioskowaniu przyjmujesz od groma teoretycznych aprioryzmów, które są całkowicie zbędne -a następnie próbujesz tych aprioryzmów bronić na ich własnej podstawie.

  • krecik60

    Artur, czytałeś może książkę Manfred Spitzera „Cyfrowa Demencja”? Co o niej sądzisz? Chodzi mi bardziej o metodologię badań, które on przytacza? Czy książka jest wiarygodna?

    • Nie czytałem, ale mam w kolejce „The Shallows” która wydaje się być o tym samym.

      • krecik60

        Czytałem. Słaba książka. Bardziej publicystyka i socjologia niż badania. Polecam szczególnie Spitzera, bo on jest psychiatrą i neurobiologiem i robił badania na ten temat, więc jest bardziej wiarygodny. A po drugie język i długie ciekawostki historyczne, słaba.