„Kapitał w XXI wieku” – przemyślenia

Zgodnie z obietnicami postanowiłem podzielić się pewnymi przemyśleniami po „Kapitale w XXI wieku’ Thomasa Piketty’ego.  Przemyśleniami, bo szalenie trudno tą książkę byłoby streścić (co jest jednocześnie jej dużą wadą i zaletą).

kapital

Wbrew popularnemu trendowi, nie będę zaczynał tego tekstu od przytoczenia faktoidu o tym, jak to rzekomo większość czytelników „Kapitału” przeczytała go tylko do 26 strony. Przeciwnie – zacznę od wskazania, że ktokolwiek zaczyna swoją recenzję czy polemikę książki od tego faktoidu, ewidentnie albo książki nie przeczytał, albo nie zdołał znaleźć realnych argumentów wbrew temu, co Piketty przedstawił i próbuje stosować dość miałki ad hominem.

Przede wszystkim – te 26 stron to faktoid. Ma rzekomo pochodzić ze statystyk Kindle’a (co już jest dość istotne, „Kapitał” to tom mało pasujący na Kindle’a). Tyle tylko, że Kindle takich danych nie udostępnia. To co udostępnia, to pięć najczęściej podświetlanych cytatów. To skłoniło pewnego amerykanina do wymyślenia tzw. Indeksu Hawkinga – sprawdza jak daleko w toku książki mieszczą się te najpopularniejsze cytaty, a następnie za pomocą magicznej formuły „wyssałem ją sobie z zadka, ale to fajny medialny faktoid” wylicza jak daleko przeciętny czytelnik zabrnął w tej książce.

Jest to, delikatnie mówiąc, absolutnie kretyński sposób pomiaru. Coś co musiała wymyślić osoba, która ewidentnie za wielu książek nie przeczytała. Ba, nawet specjalnie filmów nie oglądała. Bo nawet w filmach rozkład „cytowalnych” tekstów nie jest jednostajny. W książkach jest z tym jeszcze gorzej, zwłaszcza w książkach naukowych czy popularno-naukowych. A to z tego względu, że książki takie zwykle zaczynają się od wstępu – mocno „podkreślalnego”, bo zawierającego podsumowania i wprowadzenia stawianych tez. Następnie pojawia się ich rozwinięcie i uzasadnienie, które jest wybitnie mało „podkreślalne”, chyba, że przez studentów uczących się do egzaminu. Na końcu mamy podsumowanie i ewentualne wnioski, tu znów z „podkreślalnością” jest różnie, dużo zależy np. od rozwlekłości autora. Próby wnioskowania o tym, jak daleko ludzie zabrnęli w książce po najczęściej podkreślanych fragmentach są więc po prostu idiotyczne. Podobnie jak dzielenie się tym faktoidem bez weryfikacji skąd pochodzi.


O co cała afera?

No dobrze, ale o co z tym Piketty’m chodzi? W dużym uproszczeniu, jest on jednym z ekonomistów którzy postawili dość sensowną, moim zdaniem tezę, że trochę tak głupio gadać o ekonomii w oparciu o ideologię i może fajnie byłoby sięgnąć po twarde dane. Te bowiem były zdumiewająco rzadko wykorzystywane w realnej ekonomiczno-politycznej debacie.

Jak na mój nieskromny, scjentystyczny gust, brzmi to jak sensowny postulat, non?

Tu jednak pojawia się dość istotny powód tego, czemu te dane niespecjalnie były używane… Bo ich w zasadzie nie było, albo jak były, to dość kiepskiej jakości.

Piketty i jego zespół wykonali więc KOLOSALNĄ pracę, analizując ogrom danych historycznych. Głównie ze swojej rodzimej Francji, Wielkiej Brytanii, USA i Niemiec, ale w mniejszym stopniu również innych krajów.

Ilość dokumentów, które musieli przetrawić była naprawdę kolosalna, ale zebrała się z tego świetna analiza majątku i dochodów, zarówno indywidualnych, jak i państwowych, na świecie.

Ok. 2/3 książki to de facto czyste przedstawienie tych danych (surowe są dostępne online) – jak były zbierane, jakie są ograniczenia w przypadku danego pomiaru, jakie są wyniki analizy. Wszystko podane w sposób ograniczający w zasadzie do zera różnice w poziomach wnioskowania z czytelnikiem – bardzo, bardzo przecyzyjnie wyjaśniając, raz za razem, co, jak, dlaczego, jakie ograniczenia, itp. Powtórz przy kolejnym zestawie danych. To czyni lekturę dość ciężką i nieco przegadaną. To czyni ją nieco trudną do podsumowania. To również czyni merytoryczną debatę z Pikettym szalenie, absurdalnie trudną dla jego ideologicznych oponentów, przez co regularnie stosują zamiast tego całą masę ad personamów i trików retorycznych. Bo debatować z samymi przedstawionymi danymi naprawdę nie sposób.


Ostatnia 1/3 książki to próba wyciągnięcia wniosków z zebranych danych i wskazania tego, jak można je wykorzystać, oraz jakie (poważne, niestety) zagrożenia płyną z tego, że pozostawimy sytuację swojemu biegowi.


Głównym wnioskiem z Piketty’ego jest to, że – pomijając skrajnie krótki, choć świeży w naszej pamięci – okres gwałtownego wzrostu gospodarczego, wzrost był zawsze bardzo niski (przez większość historii na poziomie 0.1-0.2% rocznie i to w dużej mierze przez wzrost populacji), a na przyszłość musimy się raczej pogodzić z globalnym wzrostem na poziomie 1-2% rocznie. Tymczasem zwrot z kapitału (np. renty gruntowej, nieruchomości, akcji, itp.) regularnie orbituje w okolicach minimum 5% (wydaje się to być pewną granicą psychologiczną niezbędną do odraczania przyjemności i wydatków), a przy dużych kapitałach zwrot rośnie, nawet do poziomu 10%.

To oznacza, że nawet nie pracując „dziedzice” stopniowo zdobywają coraz większy i większy procent własności całego światowego majątku.

To z kolei prowadzi do dwojakiego rodzaju problemów:

a) społecznych – bo w pewnym momencie nierówności te dochodzą do poziomu, który niszczy społeczeństwo. Akurat Piketty nie wchodzi w ten temat, ale z historii długu Graebera wiemy, że w starożytności rozwiązywano ten problem np. przez okazyjne amnestie długowe, zaś ostatnimi znaczącymi próbami rozwiązania takich nawarstwionych nierówności były m.in. rewolucja francuska, czy rewolta komunistyczna. Tym, co faktycznie dramatycznie zadziałało były I i II wojna światowa, w połączeniu z ustanowionymi po nich przez rządy drastycznymi, wręcz konfiskacyjnymi podatkami zarówno od dochodu, jak i od majątku. To doprowadziło do okresu w którym faktycznie była możliwa duża mobilność społeczna, jak również dużo większa równość – złotych lat trzydziestolecia powojennego. Krótkiego, ale istotnego w naszej historii i silnie budującego nasze wyobrażenie dobrze działającym społeczeństwie. Obecnie niestety zmierzamy z powrotem do wyników przedwojennych (nie idealnych, bo teraz mamy np. inflację, której kiedyś w ogóle nie było, ale która dotyka tylko części majątku, ale dość bliskich bardzo kiepskiej sytuacji z przed II WŚ).

b) ekonomicznych – bo powyżej pewnego progu koncentracji majątku przez najbogatszych, cała gospodarka cierpi i zwalnia. Po prostu, gdyby te pieniądze trafiły do dolnych 50% społeczeństwa (w skali majątku), zostałyby wydane, wprowadzone w ruch. Natomiast u górnych 1% nie są wprowadzane w ruch, nie generują realnego wzrostu gospodarczego, tylko albo inwestowane są w pseudoprodukty finansowe, albo ukrywane w rajach podatkowych. (Czego efektem jest m.in. paradoksalny stan, w którym bilans długów planety ziemia jest obecnie ujemny na 10-20% globalnego PKB, które zapewne wisimy reptilianom z proxima centauri 😉 No, chyba, że te pieniądze po prostu są ukryte w rajach…) Ta sytuacja szkodzi gospodarce i to dość drastycznie.

Jak widać, sytuacja jest dość poważna i warto pomyśleć co można z nią robić.


Nieco luźnych obserwacji i uwag

  •  Około 3x więcej kapitału wypływa co roku z Afryki jako zarobek zachodnich inwestycji w tym rejonie, niż wpływa jako pomoc międzynarodowa. Ot, taki detal 😉
  • Wzrost PKB jest mniej trafną miarą, niż wzrost PKB na mieszkańca (bo de facto zawiera w sobie wzrost populacji jako taki). To oznacza, że globalne PKB będzie spadało – bo spada (i dobrze!) wzrost populacji.
  • Długoterminowe podtrzymanie wzrostu PKB na poziomie 4,5 czy tym bardziej 10% jest absurdem (bo oznaczałoby w ciągu 50-100 lat wzrost produkcji kilkadziesiąt razy, co jest fizycznie nierealne).
  • Historycznie inflacja tak bardzo nie istniała (na poziomie globalnym), że autorzy tacy jak Jane Austen regularnie podawali dokładne dochody swoich bohaterów i dawały one jasny obraz ich życia długo po śmierci autora. Przychód 3000 funtów w 1650 i w 1750 dawał podobny styl życia. Zmieniło się to przez wydatki wojenne w XIX i XX wieku i wtedy też autorzy przestali szczegółowo pisać o dochodach bohaterów.
  • Deficyt handlowy wielu państw (np. Francja, UK) był długoterminowo możliwy dzięki dużym inwestycjom zagranicznym, które przynosiły większy zwrot niż ich deficyt handlowy.
  • Prosty test czy rynek nie zmierza do bańki – wskaźnik q Tobina względem całego rynku.
  • Pokolenie superkadr vs pokolenie rentierów – czy najwyższe dochody ma top 1% najlepiej zarabiających czy top 1% najwięcej dziedziczących
  • Czy wysoki poziom nierówności przyczynił się do kryzysów z 1929 i 2008? Z ogromnym prawdopodobieństwem tak – wchłanianie większości dochodu przez najbogatszych prowadziło do reinwestowania go w pseudoprodukty finansowe ORAZ do oferowania ryzykownych kredytów dla ubogich (którzy potrzebowali więcej gotówki).
  • Od 1977 do 2007 1% najbogatszych w USA wchłonął prawie 60% wzrostu PKB wypracowanego w tym okresie. Dla 90% populacji stopa wzrostu średniego dochodu wynosiła w tym okresie poniżej 0.5% rocznie. Jednocześnie np. koszta uniwersyteckie dramatycznie wzrastały, tym samym uniemożliwiając edukację wyższą dużej części populacji.
  • Badania jasno pokazują, że płaca minimalna w USA jest tak skrajnie za niska, że jej wzrost doprowadziłby, paradoksalnie, do spadku bezrobocia (np. Card i Krueger Myth and Measurement 1995).
  • Równocześnie top 1% zaliczyło kolosalny skok w dochodach, z 2% do 10% całego PKB. W ogromnej mierze jest to skutkiem zlikwidowania konfiskacyjnych podatków na najwyższe pensje menadżerskie – wcześniej te podatki sprawiały, że firmy dzieliły się tymi pieniędzmi z pracownikami lub akcjonariuszami – prezesom nie opłacało się walczyć o coś, czego otrzymywali 10%, dyrektorzy finansowi niechętnie płacili 90% podatku rzadowi. Obecnie zarząd jest w stanie tak dogadać się z komisją płac, by generować kolosalne i nijak nie uzasadnione, pod względem wydajności, pensje.
  • Nawet wysokie, konfiskacyjne podatki dla superbogatych, wzrost gospodarczy wynikły z wykształcenia, itp. doprowadziły raczej do transferu od ultrabogatych, do klasy średniej, niż do ubogich. Spadek udziału najwyższych 10% w PKB zwiększył udział średnich 40%, natomiast udział dolnych 50% nie zmienił się od… początku XIX wieku. Około połowa najbiedniejszej części ludzkości (w badanych krajach, np. Francji) nie zostawia po sobie żadnego spadku (lub zostawia długi).
  • Celem podatków konfiskacyjnych nie jest znaczący dochód do budżetu, ale zmiana zachowań ludzi (np. polityki płacowej dużych firm). Np. rozmiar wzrostu pensji kadr kierowniczych w różnych krajach jest liniowo powiązany z redukcją konfiskacyjnych podatków od wynagrodzeń w tych krajach.
  • Optymalny poziom takich stawek wynosi ponad 80% (dla dochodów ponad 500 tys- milion dolarów rocznie).
  • W UE ciekawym pomysłem byłaby unijna deklaracja CIT dla korpo międzynarodowych, następnie podatek byłby płacony w poszczególnych krajach, gdzie korpo ma siedzibę, proporcjonalnie do obrotów oraz liczby pracowników w danym kraju. Takie rozwiązanie dość ładnie ograniczyłoby emigracje podatkową w ramach Unii.
  • Jednym z dużych skutków rewolucji francuskiej była znacząca zmiana prawa spadkowego, dzięki której każdy potomek (za wyjątkiem bardzo szczególnych przypadków) ma prawo do części majątku. Wcześniej standardem było to, że dziedziczył najstarszy mężczyzna, a pozostali członkowie rodziny kończyli z groszami lub bez niczego.
  • Okres od początku XX wieku do lat 70-tych jest wyjątkowym okresem w historii, kiedy to top 1% najlepiej zarabiających mogło ze swoich majątków żyć na poziomie wyższych niż top 1% dziedziców, nigdy wcześniej tak nie było i znów zmierzamy w kierunku gdy raczej tak już nie będzie… (Przy czym należy dodać, że średni poziom życia przeciętnej osoby jest dziś dużo wyższy niż 200 lat temu, gdy do komfortowego życia trzeba było zarabiać dziesięcio-dwudziestokrotność średniej krajowej…)
  • Są dwa typowe systemy emerytalne – repatriacyjne i kapitałowe. Repatriacyjne (emerytury obecne są wypłacane z kapitału obecnie wpłacanego, np. nasz ZUS) sprawdzają się dobrze przy wysokim wzroście PKB, jak przez większość XX wieku. Kapitałowe (wpłacany obecnie kapitał jest inwestowany w akcje, np. II i III filar) będą prawdopodobnie w XXI wieku dawać wyraźnie większy zwrot niż repatriacyjne ALE zwrot ten jest wyższy średnio, co stanowi duże ryzyko dla comiesięcznego wypłacania. Co więcej, nie możemy ot tak przeskoczyć z repatriacyjnego na kapitałowy zwrot, bo jedno pokolenie skończyłoby na lodzie. Stąd próby hybrydowych rozwiązań typu III filary…
  • Duży kapitał pozwala na dużo wydajniejsze inwestowanie, niż mały. Średnia stopa zwrotu funduszy powierniczych amerykańskich uczelni – gdzie mamy jasne dane finansowe – jest bezpośrednio powiązana z majątkiem funduszu. Największe fundusze zarabiają średnio rocznie 10,2% wartości, najmniejsze 6,2% – można z tego wnioskować podobne stopy zwrotu z prywatnych majątków.
  • Silnie progresywny podatek od całego posiadanego majątku (minus długi, majątek oceniany na zasadzie wstępnego wyliczenia z urzędu wg. cen rynkowych, od którego można się odwołać – co już funkcjonuje np. w USA) – byłby bardzo sensowną formą redukcji nierówności. Skoro większe majątki dają większy zysk, sprawiedliwym jest również ich większe opodatkowanie. Np. 0% majątki do miliona euro, 0.1% majątki milion-2 miliony, 0.5% majątki 2-5 milionów, 2% majątki 5-15 milionów, itp. Piketty sugeruje wręcz powiązanie opodatkowania z ubiegłoroczną stopą zwrotu z majątku z danego zakresu.
  • Należy pomyśleć o jednorazowym (albo rozłożonym w czasie, ale przeznaczonym na ten sam cel), silnie progresywnym podatku od majątku, który byłby przeznaczony na rzecz spłatę długów państwa. Dzięki temu nie płaciłoby ono odsetek (obecnie płaconych głownie najbogatszym, de facto), co dałoby mu więcej pieniędzy na realizację podstawowych zadań typu edukacja, infrastruktura, badania czy służba zdrowia, tym samym zwiększając szansę na wzrost udziału dolnych 90% (a zwłaszcza dolnego 50%) społeczeństwa w PKB.

A, uprzedzając wszelkich dyskutantów, w dyskusji obowiązują regulaminowe zastrzeżenia. Merytoryka chętnie, ideologia niet 🙂

Author: admin

Share This Post On
  • kotekkkk

    „delikatnie mówiąc, absolutnie kretyński sposób pomiaru. Coś co musiała wymyślić osoba, która ewidentnie za wielu książek nie przeczytała. “

    dlaczego i na jakiej podstawie tak piszesz? Pamietam jeszcze z lat studenckich, że czytanie tekstow akademickich zawsze wiazalo sie z regularnym wydobywaniem „cytatow kluczy” z calego tekstu a wiec rozklad byl mniej wiecej rownomierny. Byc moze w przypadku fikcji literackiej ten rozklad nie jest rownomierny ale w przypadku literatury akademickicko-naukowej toz to powszechny nawyk czytelnikow!

    Poza tym kindle ma przeciez silny interes w pozyskiwaniu danych, co do REALNEGO stopnia poczytności ksiazek, ktore wychodzą na kindla – a

    najmniej inwazyjny sposob, jesli chodzi o stopien naruszenia anonimosci – to wlasnie moze byc taki jaki nazwales ,,kretynskim” nie wiadomo na jakiej podstawie.

    Picckettego nie czytalem jeszcze ale szczerze powiedziawszy dane o stopniu nierownosci w świecie nie robia na mnie żadnego wrazenia. Ma to znaczenie dla osob o proweniencji socjalistycznej i tylko ta czesc gawiedzi moze czytac Picckettego z wypiekami na twarzy. Dla przecietnego randysty, neofeudalisty czy innego anty-marksisty bedzie to walka z obiektywnymi pryncypiami etycznymi i dlatego ta debata jest zasadniczo jałowa..

    Jednak nie zgodze sie z twoim komentarzem, że zalew „twardych danych” zaswiadcza o jakiejkolwiek rzetelności przeprowadzonego badania. Polecam w tym wzgledzie Chalmersa i jego ksiazke ,,Czym jest to co zwiemy nauka”, ktory dowodzi, że tzw. „twarde dane” czy „twarde fakty” sa jedynie figurą retoryczną stosowana przez laików (najczesciej przez gimbo-ateuszy), którzy nigdy nie zajmowali sie na powaznie metodologią nauk.. W naukach spolecznych tym bardziej nie ma to znaczenia, gdyz dane mozna z latwoscią podciagac pod zadaną teze, co zresztą nieprzypadkowo zarzuca sie Piccketemu (o czym mozna poczytac na wielu anglojezycznych portalach parajacych sie komentarzem ekonomicznym. Niektorzy nawet posadzają go o w pelni swiadomą manipulacje ale nie mi to juz oceniac)

    • 1. Już pisałem powyżej, że studenci uczący się do egzaminu są wyjątkową kategorią czytelników, więc powoływanie się na doświadczenie z czasów studenta uczącego się do egzaminu sugeruje, że niezbyt uważnie czytałeś moją wypowiedź 🙂 Normalny czytelnik może wybierać jakieś elementy, ale robi to z nieporównywalnie mniejszą dyscypliną, niż student przed egzaminem – bo w odróżnieniu od studentów nie musi wykazać żadnemu hipotetycznemu profesorowi, że czytał równomiernie całą książkę, a nie tylko wprowadzenie i podsumowanie 🙂

      Normalni czytelnicy znaczą choatycznie i w zależności od „cytowalności” tekstu – im bardziej zwięzły i bon-motowy, tym więcej oznaczeń. Względnie, wg. indywidualnej przydatności, która z definicji będzie nierównomierna 🙂

      2. Amazon na pewno ma dane odnośnie realnego stopnia poczytalności książek. Co do strony, bez żadnych wyssanych z palca indeksów. Tyle tylko, że nikomu tych danych nie udostępnia. Indeks amazonowi nie jest na nic potrzebny, to typowy faktoid medialny, typu „równania na szczęśliwy związek”. Media to kochają, „wynalazcy’ takich kretynizmów są popularnie cytowani, ale ich realna wartość jest żadna. Chcesz twierdzić inaczej – na Tobie (tudzież na wynalazcy) spoczywa ciężar dowodowy co do wartości tego idiotyzmu 🙂

      3. No właśnie nie. Dane o nierównościach mają znaczenie dla każdego kto rozumie choć ociupinkę ekonomii albo socjologii, bo mają kolosalne przełożenie zarówno na procesy gospodarcze, jak i społeczne. Sprowadzanie tematu do etyki jest niczym innym, jak ignorancją i próbą ucieczki przed zmierzeniem się z tematem merytorycznym, ze względów ideologicznych właśnie.

      Randyści, neofeudaliści i inni idioci niespecjalnie mnie interesują w dyskusji- Rand jako licealista czyta się z wypiekami na twarzy, później z politowaniem się patrzy na głupotę młodego ja. Tu wszelako dyskutujemy merytorycznie, a nie o rojeniach sekciarki 🙂

      4. Klasyczna obrona gdy twarde dane łoją tyłek, czyli „twarde dane są nieważne”. Nope – są jedynym, co jest realnie ważne, przynajmniej na początek dyskusji. Wybacz, tu nie przejdzie i wylecisz próbując tak się ośmieszać. Twierdzisz, że problem jest z interpretacją? To wykaż gdzie ta interpretacja jest błędna (jakoś tak anglojęzyczne portale, głównie skupione wokół „herbacianych” thinktanków uwielbiają rzucać tym hasłem… po czym nijak nie są w stanie rzekomej błędności dowieść… cóż za zaskoczenie).

      Podsumowując: pierwsze ostrzeżenie. Dyskusja merytoryczna, zgodnie z regulaminem, albo się żegnamy 🙂

      • kotekkkk

        1. Nie zgodze sie. Co prawda zaden z nas nie ma danych w tym wzgledzie ale na wlasnej podstawie i doswiadczen znajomych stwierdzam, ze osoby czytajacy ksiazki akademickie nawet juz po skonczonych studiach zaznaczaja fragmenty tekstu z duza regularnoscia, zeby cos konkretnego z tej ksiazki wyniesc. Nie oszukujmy sie ale pozycje naukowe nie sa to ksiazki do poduszki ale slużą do glebszych refleksji, ktore maja zaprocentowac szeroka wiedza na przyszlosc.

        Poza tym jaki ideologiczny interes jest w twierdzeniu, ze kindlowe cytaty sa dobrym wskaznikiem na poczytnosc ksiazek? Toz to calkowicie neutralna ideologicznie teza w przeciwienstwie do tez Pickettego czy herbacianych. Interesowne moze byc co najwyzej promowanie poszczegolnych ksiazek lub dołowanie ich – powolujac sie na dany wskaznik poczytnosci. Polemizuje z toba bo sam czasem patrze na ten kindlowy wskaznik, zeby mniej wiecej upewnic sie czy ksiazka nie jest napisana na slomianym zapale(efekt narastajacego wypalenia) i jest jednorodna w sposobie przekazywaniu tresci.

        „Klasyczna obrona gdy twarde dane łoją tyłek, czyli „twarde dane są nieważne”. ”

        2. Tu nie chodzi oto, że sa niewazne, ale że w ogole czegos takiego nie ma i nie moze byc, podobnie jak w „najtwardszej z najtwardszych” nauk czyli w matematyce nie ma systemow aksjomatycznych niesprzecznych i zarazem zupelnych. I jest to dowiedzione w najtwardszy mozliwy sposob( tw. Godla)! Ja rozumiem tesknote ludzką za uzyskaniem absolutnej pewnosci, niestety rzeczywistosc jest bardziej skomplikowana niz nasze tesknoty. To Popper stworzyl mode na tego typu empiryzm(powolujac sie na osiagniecia wspolczesnej fizyki) a malo kto wie, że ojcowie wspolczesnej fizyki czyli Einstein i Dirac calkowicie sie od takiego falsyfikacjonizmu odzegnywali, twierdzac, ze nauka jest przede wszytskim narzedziem teorii a empiria dawcą ogolnej obserwacji z ktorej wyprowadza sie obszerny konstrukt dedukcyjny w znacznym stopniu nie mozliwy do pelnej empirycznej testowalnosci. I tak to sie ma w przypadku fizyki w ktorej duzo latwiej jest obrabiac material empiryczny niz w naukach spolecznych. Niestety ale zauwazylem, że nauki sppoleczne maja obecnie nadprodukcje quazi-naukowej makulatury, ktora nazywa sie ,,twardymi danymi”.

        Poza tym co to ma zaznaczenie, ze polemizuja z nim glownie srodowiska herbaciane? Toz to oczywiste przeciez. Rownie dobrze herbaciani powinni z gory dyskredytowac argumenty badaczy o proweniencji socjalistycznej, gdyby za zasadne uznac taki argument.

        Swoją drogą Chalmers, ktorego tu przywolalem jest lewoskretny, choc to kompletnie nie ma znaczenia, bo sposob argumentacji i wykladu jest po prostu dobry i potrafi on abstrahować od swoich ideologicznych upodoban (sam fakt, że pod naporem krytyk kilka razy zmienial zdanie, co dal wyraz w pisaniu kolejnych wstepow do swojej ksiazki zaswiadcza, że ma on temperament do bycia prawdziwym badaczem poszukujacym prawdy)

        A tu krytyka Pickettego od strony rzeczowej i merytorycznej:

        http://www.brookings.edu/~/media/projects/bpea/spring-2015/2015a_rognlie.pdf (argumenty Matthew Rognlie byly przywolywane jako zasadne m.in. przez ,,the economist”, ktorego nadwyraz trudno uznac za gazete herbaciana)

        http://www.robertdkirkby.com/blog/2015/criticisms-of-piketty/ tutaj podsumowanie calego szeregu tekstow krytycznych wobec analiz Picckettego (rowniez nie zauwazylem herbacianej stronniczosci)

        http://www.heritage.org/research/reports/2014/09/understanding-thomas-piketty-and-his-critics o wartosci samych danych P.

        http://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=2543012 tutaj moim zdaniem miazdżąca krytyka sposobu obrobki danych przez Pickettego.

        http://thefederalist.com/2014/09/16/six-demonstrably-false-claims-in-thomas-pikettys-theory-of-wealth/ podsumowanie roznych krytycznych argumentow napisane bardzo przystepnym jezykiem dla nie rasowych ekonomistow

        • 1. Na podstawie własnych doświadczeń i doświadczeń znajomych po skończonych studiach twierdzę, że tego nie robią (np. sam zaznaczam w zasadzie tylko, jeśli planuję pisać art podsumowujący lub wykorzystać jakiś fragment w arcie, a i to nie zawsze). Więc może zamiast korzystać z własnych doświadczeń, sięgnijmy po twarde dane.

          Interes (choć nie ideologiczny, ale ideologicznego nie postulowałem) ma autor tego „wskaźnika” – bo robi na tym furorę medialną. Być może nie słyszałeś o tej „technice” PRowskiej, ale ma ona długą i niechlubną tradycję. Od wielu lat różni pożal-się-Cthulhu „nałkofcy” wymyślają zupełnie z zadka różne paranaukowe wskaźniki, które następnie media radośnie podchwytują i powielają metodą chowu wsobnego. Stąd masz np. puszczany w okolicy walentynek „wskaźnik dobrego związku”, „naukowo wyliczony najgorszy dzień roku” i wiele innych podobnych tworów. Pierwsze o jakich wiem pojawiły się już koło lat 60-tych, więc nie zdziwiłbym się, gdyby realnie pierwsze sięgały lat 60-tych, ale XIX wieku 😉 Nie krytykuje wskaźnika jako ideologicznego, tylko jako głupiego i nijak nie weryfikującego realnego poziomu lektury.

          2. Wybacz, ale ja się nie bawię w autorytety i „Einstein odżegnywał się od empiryzmu”. Tym gorzej dla niego. Prosta probabilistyka mówi nam, że na ten moment nad twarde dane nie mamy absolutnie nic lepszego i tyle. Do czasu gdy nie przedstawisz lepszej metody weryfikacji rzeczywistości niż empiryzm, niespecjalnie znajdziemy tu porozumienie.

          Krytyki przejrzę (część już znam i podtrzymuję tezę o tym, że nie tykają nawet tego co Piketty pisze, ale chcę na spokojnie przejrzeć pozostałe) i się odniosę.

          • kotekkkk

            tak wiec czekam na polemike. Wiekszosc krytyki skupia się na tym, że to wlaśnie empiryczna część pracy P. jest najsłabsza.

          • No to po kolei:
            http://thefederalist.com/2014/09/16/six-demonstrably-false-claims-in-thomas-pikettys-theory-of-wealth/
            1. Claim 2: jest fałszywy i stanowi chochoła, Piketty nie przedstawia modelu teoretycznego, on po prostu zbiera dane i je demonstruje.
            2. Claim 3 to czysty chochoł, próbuje obalać tezę inną niż w książce.
            3. Claim 4 nie tylko ignoruje dane i chochołuje, ale też próbuje podważyć jedyne oficjalnie dostępne dane (uniwersyteckie)… w zasadzie beż żadnych twierdzeń ani powodów. Ot, po prostu nie pasują im do tezy. Cóż za zaskoczenie 😉
            4. Claim 5 to znów chochoł inny od tez Piketty’ego
            5. Claim 6 nie dość, że chochoł, to ignorancja historyczna na całego (sytuacja nierównościowa gdy powstawał komunizm czy faszyzm).
            6. Oszacowanie autorów (104% opodatkowania) jest z palca wyssane i idiotyczne

            Słowem, czysta tea-party-propaganda i kpina, a nie argumenty.

            http://www.robertdkirkby.com/blog/2015/criticisms-of-piketty/
            – global growth – próby reinterpretacji sprzeczne z danymi Piketty’ego, bez odniesienia do tych danych
            – próby podważenia nierówności niezbyt im wychodzą, bo muszą przyznać, że de facto nierówności są i tak
            – zarzuty w sprawie capital vs wealth to chochoł
            – pierwszy „less important criticism” to de facto wsparcie piketty’ego
            – drugi to znów chochoł, bo Piketty nie przedstawia teorii ani modelów w swojej książce 🙂 plus sam autor przyznaje, że to chochoł
            – trzecia krytyka to znów potwierdzenie Piketty’ego. srsly, on sam krytykował miejscami swoje dane i wskazywał gdzie jest przybliżenie i czemu. tylko te zmiany nic nie zmieniają 🙂
            – czwarta i piąta jak wyżej.

            Słowem, w zasadzie krytyki tu brak, artykuł jest de facto potwierdzeniem Piketty’ego, choć sformułowanym tak, by wydawało się, że go krytykuje 😉

            http://www.heritage.org/research/reports/2014/09/understanding-thomas-piketty-and-his-critics – think thank tea party, „dobrze się zaczyna”. I od razu wchodzi w totalną i przy tym kretyńsko głupią propagandę typu ‚nigdy nie próbuje wyjaśnić czemu rosnące nierówności są czymś groźnym’. Nie, wcale, tylko ok. 1/3 książki się tym zajmuje mniej lub bardziej bezpośrednio. No bez jaj, taką krytykę naprawdę trudno traktować poważnie. I jeszcze próby sprowadzenia argumentów Piketty’ego do plutokracji – ewidentnie autorzy albo nie czytali książki, albo mają związek z prawdą delikatnie mówiąc luźny i pogardliwy…

            Krytyka w tym artykule to zresztą jawne zaprzeczanie rzeczywistości (typu „Piketty nie może znaleźć dowodów, że większe majątki przynoszą większe zwroty” – nie, wcale, tylko ups, jest temu poświęcony cały rozdział wraz ze źródłami. ) TOTALNA KPINA i idiotyczna propaganda. Reszta artykułu równie głupia – np. teza, że podatek 80% od najbogatszych miałby negatywny wpływ na ekonomię, choć mamy badania pokazujące, że podatek 94% tylko ją wspomógł. Sorry, ale jak traktujesz ten art poważnie, to ja nie jestem w stanie traktować Ciebie poważnie.

            http://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=2543012 – jak czytam „naukowy” artykuł, który dojebuje krytykowanemu autorowi „ale nie należy tego traktować jako skromności”, to wysiadam, sorry. Ewidentnie widać nieobiektywne podejście. Nie mam pojęcia jak ten art przeszedł przez peer review, obstawiam uprzywilejowany dostęp, bo teksty pt. „jest tam wiele błędów historycznych, ale nie będziemy ich wymieniać” to się pisze w przedszkolu i na forach korwinistów, a nie w poważnej pracy. Ba, autorzy ewidentnie nie potrafią czytać tekstu ze zrozumieniem, bo wydaje im się że np. (nie mogę kopiować z jakiegoś dziwnego powodu) „1925 to nie są późne lata 20-te” (serio?)

            Potem jest jeszcze zabawniej. Autorzy nie potrafią zrozumieć, że 6.62% uśrednione do pełnych procentów to 7% (i z jakiegoś powodu mieszają komórki tabeli)… Itp. itd. Sorry, ale to jest klasyczny hatchet-job, i to tak do bólu. Nie mam absolutnie pojęcia jak przeszło to przez peer review i naprawdę jedyne uzasadnienie jakie mogę sobie wyobrazić to uprzywilejowany dostęp, który pozwolił na takiego peer review obejście.

            http://www.brookings.edu/~/media/projects/bpea/spring-2015/2015a_rognlie.pdf – pseudopisemko think-tanku tea party to kiepski start. To powiedziawszy, to nie jest de facto krytyka piketty’ego, tylko dłuższy artykuł w temacie, więc wskaż jakie konkretnie argumenty przeciw Piketty’emu są tu wg. Ciebie istotne.

            Podsumowując – ale tak na serio, mógłbym w końcu prosić o jakąś sensowną krytykę? Taką merytoryczną, bez idiotyzmów czy prób przekształcenia potwierdzeń danych Piketty’ego w jego krytykę? 😀

            A i nie, większość krytyki którą przytoczyłeś bynajmniej nie skupia się na tym, że „empiryczna część pracy Piketty’ego jest najsłabsza”. Przygniatająca większość tego co cytujesz albo:
            a) de facto wspiera Piketty’ego
            b) stanowi chochoły
            c) próbuje na wszelkie sposoby nieudolnie dokopać Piketty’emu i staje na rzęsach by zreinterpretować jego argumenty, często idiotycznie i fałszywie.

  • ePortfel

    Dzięki za dobre podsumowanie, jestem zachęcony mocniej do wpisania Piketty’ego na listę lektur niż dotychczas, przede wszystkim przez to że mamy – jak mówisz – opis analizy danych źródłowych. Jak rozumiem na takim poziomie szczegółowości, że można powtórzyć samodzielnie wnioskowanie na „surowcu”.

    Co do meritum, wstępnie tezy autora wydają mi się błędne, pewnie zatem szukałbym błędów w doborze danych lub (co wydaje mi się bardziej prawdopodobne) we wnioskowaniu. Hm, oznacza to że pozycja ta może być wyjątkowo dla mnie cenna, bo mogę zmienić swoje zapatrywania jeśli się mylę. Gdyby dotyczyła zatem inwestowania fundamentalnego to pewnie już zabierałbym się za lekturę. Niestety dotyczy ekonomii więc niekoniecznie czyniłaby ze mnie lepszego inwestora, trochę poczeka.

    Wskażę dwa wybrane punkty w których wyraźnie nie zgadzam się z autorem.

    Uważam że twierdzenie autora że koncentracja pieniędzy w ręku najbogatszych jest szkodliwa, bo przekazanie biednym do pobudzenia popytu przez wprowadzenie w ruch oznacza że autor takich tez nie rozumie jak działa pieniądz, nie rozumie pojęcia obiegu pieniądza, a zatem nie rozumie mechanizmu inflacji. Faktycznie, koncentracja przez bogatych może oznaczać odkładanie ich w oszczędnościach, czy też inaczej mówiąc wywożenie do rajów, czy równoznaczne temu składowanie pod materacem. Ale właśnie dzięki temu wzrost podaży pieniądza nie napędza inflacji (składowanie pod materacem obniża prędkość obiegu) i umożliwia hodowanie deficytów. A deficytami właśnie napędza się ten „ruch”. A zatem: zabranie bogatym i przekazanie biednym podkręciłoby prędkość obiegu, podniosło presję inflacyjną i spowodowało zacieśnienie monetarne/fiskalne. Wyszłoby de facto na to samo. Naturalnie można powiedzieć że byłoby o tyle lepiej że nie byłoby takiej nierównowagi fiskalnej (mega długi), to jest oczywiście do dyskusji. Ale żeby taka zmiana proporcji wpływała na pobudzenie realnego wzrostu – nie, nie zgadzam się z tym – teoretycznie wzrost napędzony pieniądzem od bogatych zrównoważy spadek wzrostu napędzanego do tej pory deficytem fiskalnym.

    To jednak materia niezwykle skomplikowana i bardzo możliwe że to raczej ja czegoś nie rozumiem. Jak zapoznam się bliżej, zdecyduję. Cały czas się uczę.

    Druga sprawa jest prostsza.
    „Duży kapitał pozwala na wydajniejsze inwestowanie niż mały” – no cóż, jest dokładnie odwrotnie.
    Zarządzający aktywami mniejszymi ma dużo większe możliwości osiągania dobrych stóp zwrotu niż gdyby pod opieką miał aktywa wysokie.
    Jest wiele powodów, o niektórych pisałem 8 lat temu w moim artykule o funduszach (zainteresowani niech wpiszą w Google „Fundusze inwestycyjne dla początkujących” – strona ePortfel.com).
    Gdyby się okazało że dobrano tylko fundusze uczelni amerykańskich bo pasowały do tezy (przecież fundusze otwarte są równie jawne i można było spokojnie je badać – dane trzyma choćby Morningstar), a dodatkowo np. zignorowano fakt że fundusze większe były większe dlatego że miały lepszych zarządzających (uczelnie o wyższej jakości kształcenia mają lepszy absolwentów i sponsorów funduszy) a więc mamy korelację bez związku przyczynowego, no to mamy pierwszy znak zapytania czy Piketty rzeczywiście nie kieruje się ideologią czy też raczej się na takiego próbuje kreować.

    Tutaj jestem znacznie mocniej przekonany do swojej tezy niż w temacie poprzednim, choćby z uwagi na bogate doświadczenie i moje skupienie na temacie inwestycji. Choć nie powiem, byłoby to dla mnie miłe gdybym się mylił, a dociekliwi mogą zgadywać dlaczego 😉

    • 1. Tak, Piketty udostępnia wszystkie swoje surówkowe dane online i zaprasza do dyskusji w oparciu o nie.

      2. „że twierdzenie autora że koncentracja pieniędzy w ręku najbogatszych jest szkodliwa, bo przekazanie biednym do pobudzenia popytu przez wprowadzenie w ruch oznacza że autor takich tez nie rozumie jak działa pieniądz, nie rozumie pojęcia obiegu pieniądza, a zatem nie rozumie mechanizmu inflacji.” To nie twierdzenie autora akurat, to od dawna zweryfikowany w ekonomii fakt. Deficyty nie napędzają ruchu tak, jak napędzałaby go pieniądze w rękach obywateli – i mamy na to konkretne okresy historyczne, dowodzące tego faktu, choćby tzw. złote trzydziestolecie.

      Zapewne są jakieś granice powyżej których doszłoby do tego co opisujesz. Ale jesteśmy tak daleko w drugą stronę od tych granic, że ostrzeganie przed nimi na tym etapie przypomina ostrzeganie człowieka próbującego wiadrem gasić pożar w mieszkaniu, że jak będzie miał za wiele wody, to utonie. Piketty natomiast nie postuluje bynajmniej jakiejś skrajnej redystrybucji, która prowadziłaby do postulowanej przez Ciebie sytuacji.

      3. ” „Duży kapitał pozwala na wydajniejsze inwestowanie niż mały” – no cóż, jest dokładnie odwrotnie.”

      No nie, nie jest. Tu znów nie masz zbytnio miejsca na dyskusje, bo mamy czyściutkie dane z funduszy inwestycyjnych uniwersytetów amerykańskich. I absolutnie liniową relację między rozmiarem funduszu, a jego zyskownością. I oczywiście, że mają lepszych zarządzających – WŁAŚNIE dlatego, że były większe.

      Bo jak masz fundusz 100 mln, to wydanie 50 mln rocznie na świetną ekipę zarządzających jest niemożliwe, nawet jak wypracują Ci zwrot 10%, to jesteś 45 milionów w plecy. Ale Jak masz fundusz 100 mld, to wydanie tych samych 50 mln na tą samą świetną ekipę zarządzających jest czymś dość oczywistym, a koszta są żadne – przy 10% zwrotu jesteś 9.950 mld do przodu. To wręcz esencja argumentacji Piketty’ego w tym zakresie, że bogatszych stać na wynajęcie całego sztabu takich wymiataczy, którzy znajdą im ultramegasuperokazje na całym świecie (i to pokazuje właśnie analiza uczelni w USA). Wybacz Maciek, ale po prostu nie działasz na tym poziomie obrotów, na
      jakim bawią się w USA – możesz być świetny w tym co robisz, ale ich stać
      na 1000 takich jak Ty, a innych tylko na 1. To robi różnicę.

      4. Mocno bym ostrzegał przeciwko naturalnej, ale mocno szkodliwej tendencji poznawczej, jaką jest stosowanie nieporównywalnie bardziej surowych kryteriów oceny wobec danych występujących wbrew naszym poglądom, niż wobec danych zgodnych z tymi poglądami.

      • ePortfel

        2. Co do „od dawna zweryfikowanych w ekonomii faktów” to nie jest to stwierdzenie które dla mnie wiele znaczy, słysząc co rusz np. w mediach o wielu powszechnie uznanych „faktach z ekonomii” które są bzdurami. Czym więcej wiem, tym częściej napotykam stwierdzenia zweryfikowane tylko pozornie. Co do efektu popyt z redystrybucji vs popyt z deficytu to tu nie ma żadnych granic, to jest proces ciągły, więc drugiej części Twojej odpowiedzi nie łapię.

        Wiesz, tak naprawdę postulat aby opodatkować oszczędności które spowalniają obieg, naciskają deflacyjnie i pozwalają rosnąć deficytom, ma uzasadnienie – i jakby to przemyśleć to może to być nawet dobry pomysł. Problem jednak jaki ja tutaj widzę to niemożność praktycznej realizacji. Opodatkowanie kapitału inwestycyjnego może mieć szkodliwe skutki uboczne. A po opodatkowaniu samych nie pracujących oszczędności z pewnością powstałyby antypodatkowe produkty finansowe które te oszczędności ubierałyby w szatę inwestycji. Myślę że to jest nie do pokonania, zatem albo nie obciążasz nic, albo obciążasz i oszczędności i inwestycje. Wybrałbym wariant nie obciążania niczego.

        3. No cóż, gdybym w tym od 10 lat nie siedział, to też bym myślał że tak to wygląda, teoretycznie to co piszesz jest logiczne. Praktyka jest jednak inna, opowiem Ci jak wygląda to w Polsce.

        Jeśli masz fundusz 100mld to możesz dać premię zarządzającemu wyższą niż jak masz fundusz 100mln, ale to Ci nie pomoże. Zarządzający wie ile dokładnie gotówki generuje jego zdolność pokonywania rynku i w końcu bierze całą stawkę – po prostu odchodzi i zakłada swój fundusz (najczęściej z kolegą – w Polsce zazwyczaj w dwie osoby). Wtedy bierze całość zysku, a nie premię. Tym samym najlepsi schodzą do funduszy o niższych, a nie wyższych aktywach.
        W Polsce mamy masę przykładów, mogę sypnąć nazwiskami ale nie wiem czy moi koledzy chcą abym ich w ten sposób reklamował 🙂

        Na całym świecie: po pierwsze najlepsze fundusze nie zatrudniają 1000 wyjadaczy. Berkshire Hathaway ma dwóch od dziesiątków lat. Dwie osoby, koniec (ostatnio w ramach sukcesji testują innych ale ogólnie docelowo nie ma być sztabu). I to nie jest wyjątek, to jest reguła – zespół nie rośnie wraz z aktywami.

        Po drugie, wyjadacze na 100mld mają o wiele mniej ultrasupermegaokazji, bo taka okazja musi mieć dolne ograniczenie kapitalizacji – poniżej 5% aktywów nie ma sensu się trudzić. A zatem duży fundusz musi szukać okazji w biznesach większych niż 5mld, a maluch w okazjach większych niż 5mln. Wiesz jaka to jest różnica? Gigantyczna. Na korzyść małego. Nie przeczytałeś mojego artykułu który wyżej polecałem, a przydałoby Ci się 😉

        Jedyne przewagi jakie ma duży to możliwość kupienia bardzo drogich raportów analitycznych oraz skalowanie kosztów księgowości, prowizji maklerskich itd. Jakie to są korzyści? Bardzo malutkie w kontekście ww. przewag.

        4. Jak stoisz przy przejściu dla pieszych, włącza się zielone i osoba obok mówi „możemy iść” to nie myślisz tylko idziesz. Jak włącza się czerwone i osoba obok mówi „możemy iść” to poddajesz to krytycznej analizie. W ten sposób poddajesz tezę która nie zgadza się z Twoim doświadczeniem o wiele ostrzejszej krytyce niż zgodną. Robisz to Ty, robię to ja i robimy to wszyscy bo inaczej byśmy się zapętlili w ciągłych rozmyślaniach. Więc Twoja rada jest teoretycznie słuszna, praktycznie jednak niewykonalna.
        Ja robię tak – na wstępie pogląd przeciwny poddany ostrzejszej krytyce niż pogląd zgodny. Po wstępnym przyjrzeniu się i uznaniu że pogląd przeciwny ma szanse się obronić, wciągam na wagę równą i już oba spojrzenia staram się rozważać na równym stopniu krytycyzmu.
        Lepiej się nie da. Mam to przećwiczone, codziennie przy analizach tez inwestycyjnych gdy rynek wskazuje że się mylę i muszę się przyznawać do błędu. Tych rzeczy uczę się w realu a nie w teorii 🙂

  • Łukasz Kozioł

    Chodzi ci zapewne o rozklad jednostajny a nie normalny… rozklad normalny oznaczalby ze wszystkie cytaty sa ciasno skupione wokol krotkiego fragmentu (np wstepu albo podsumowania) a reszta ksiazki nie posiada ich prawie w ogole

  • andrzej_81a

    Ksiazka Pikkety’ego to powinna byc podstawowa lektura juz w szkole sredniej dlatego dzieki za ten wpis. Swoja droga to jestem pelny nadziei wobec obecnego rzadu, ktory w koncu odwazyl sie wziac za kapital wielkopowierzchniowych marketow i zagraniczne banki, ktore bezwzglednie grabia najbiedniejszych. Wszedzie w Europie sie niby o tym mowi a poza Orbanem i u nas za rzadow PIS nikt sie za to nie wzial powaznie. Wyzysk kapitalu zagranicznego oraz tych najlepiej usytuowanych kapitalistow – jest zatrwazajacy. Teraz przynajmniej placa minimalna wzrosnie i prozny kapitalista nie bedzie mogl sie tak swawolic na smieciowkach a bankierzy w konca beda musieli podzielic sie z najbiedniejszymi.

    • Umm, no więc nie, akurat to co robi obecny rząd jest skrajnie nieprzemyślane i uderza najbardziej w najbiedniejszych, paradoksalnie.

      • ePortfel

        Osobiście zastanawiam się czy wpis Andrzeja to nie ironia. Trochę tak brzmi.

    • kotekkkk

      @andrzej_88 troll? Choć z drugiej strony nacjo-lolo w Polsce nie brakuje. Jeśli kapitał ma narodowość to na czym polega mój polski zysk, że więcej zarobił w Polsce Kulczyk niż właściciel McDonalda? Kulczyk mial ciebie w dupie tak samo jak owy amerykański kapitalista. Dla kapitalisty liczy sie zysk a nie sentymenty narodowe. Idzie tam gdzie jest bardziej opłacalnie i cala w tym tajemnica, dlaczego „zagraniczni” robią co mogą żeby jak najmniej u nas płacić podatku. Z narodowością nie ma to nic wspólnego a jedynie z kruczkami prawnymi, które umożliwiają unikanie podatków. Jeśli wieżysz w te głupie infografiki rozsyłane po fejsie, że Polska rzekomo jest wysysana z kapitału zagranicznego to polecam sie zapoznać z dokladną analizą tych danych z raportu GFI. Polecam wykład Machaja w tym wzgledzie https://youtu.be/3PQ7WsjdNgA?t=519