Zgodnie z obietnicami postanowiłem podzielić się pewnymi przemyśleniami po „Kapitale w XXI wieku’ Thomasa Piketty’ego.  Przemyśleniami, bo szalenie trudno tą książkę byłoby streścić (co jest jednocześnie jej dużą wadą i zaletą).

kapital

Wbrew popularnemu trendowi, nie będę zaczynał tego tekstu od przytoczenia faktoidu o tym, jak to rzekomo większość czytelników „Kapitału” przeczytała go tylko do 26 strony. Przeciwnie – zacznę od wskazania, że ktokolwiek zaczyna swoją recenzję czy polemikę książki od tego faktoidu, ewidentnie albo książki nie przeczytał, albo nie zdołał znaleźć realnych argumentów wbrew temu, co Piketty przedstawił i próbuje stosować dość miałki ad hominem.

Przede wszystkim – te 26 stron to faktoid. Ma rzekomo pochodzić ze statystyk Kindle’a (co już jest dość istotne, „Kapitał” to tom mało pasujący na Kindle’a). Tyle tylko, że Kindle takich danych nie udostępnia. To co udostępnia, to pięć najczęściej podświetlanych cytatów. To skłoniło pewnego amerykanina do wymyślenia tzw. Indeksu Hawkinga – sprawdza jak daleko w toku książki mieszczą się te najpopularniejsze cytaty, a następnie za pomocą magicznej formuły „wyssałem ją sobie z zadka, ale to fajny medialny faktoid” wylicza jak daleko przeciętny czytelnik zabrnął w tej książce.

Jest to, delikatnie mówiąc, absolutnie kretyński sposób pomiaru. Coś co musiała wymyślić osoba, która ewidentnie za wielu książek nie przeczytała. Ba, nawet specjalnie filmów nie oglądała. Bo nawet w filmach rozkład „cytowalnych” tekstów nie jest jednostajny. W książkach jest z tym jeszcze gorzej, zwłaszcza w książkach naukowych czy popularno-naukowych. A to z tego względu, że książki takie zwykle zaczynają się od wstępu – mocno „podkreślalnego”, bo zawierającego podsumowania i wprowadzenia stawianych tez. Następnie pojawia się ich rozwinięcie i uzasadnienie, które jest wybitnie mało „podkreślalne”, chyba, że przez studentów uczących się do egzaminu. Na końcu mamy podsumowanie i ewentualne wnioski, tu znów z „podkreślalnością” jest różnie, dużo zależy np. od rozwlekłości autora. Próby wnioskowania o tym, jak daleko ludzie zabrnęli w książce po najczęściej podkreślanych fragmentach są więc po prostu idiotyczne. Podobnie jak dzielenie się tym faktoidem bez weryfikacji skąd pochodzi.


O co cała afera?

No dobrze, ale o co z tym Piketty’m chodzi? W dużym uproszczeniu, jest on jednym z ekonomistów którzy postawili dość sensowną, moim zdaniem tezę, że trochę tak głupio gadać o ekonomii w oparciu o ideologię i może fajnie byłoby sięgnąć po twarde dane. Te bowiem były zdumiewająco rzadko wykorzystywane w realnej ekonomiczno-politycznej debacie.

Jak na mój nieskromny, scjentystyczny gust, brzmi to jak sensowny postulat, non?

Tu jednak pojawia się dość istotny powód tego, czemu te dane niespecjalnie były używane… Bo ich w zasadzie nie było, albo jak były, to dość kiepskiej jakości.

Piketty i jego zespół wykonali więc KOLOSALNĄ pracę, analizując ogrom danych historycznych. Głównie ze swojej rodzimej Francji, Wielkiej Brytanii, USA i Niemiec, ale w mniejszym stopniu również innych krajów.

Ilość dokumentów, które musieli przetrawić była naprawdę kolosalna, ale zebrała się z tego świetna analiza majątku i dochodów, zarówno indywidualnych, jak i państwowych, na świecie.

Ok. 2/3 książki to de facto czyste przedstawienie tych danych (surowe są dostępne online) – jak były zbierane, jakie są ograniczenia w przypadku danego pomiaru, jakie są wyniki analizy. Wszystko podane w sposób ograniczający w zasadzie do zera różnice w poziomach wnioskowania z czytelnikiem – bardzo, bardzo przecyzyjnie wyjaśniając, raz za razem, co, jak, dlaczego, jakie ograniczenia, itp. Powtórz przy kolejnym zestawie danych. To czyni lekturę dość ciężką i nieco przegadaną. To czyni ją nieco trudną do podsumowania. To również czyni merytoryczną debatę z Pikettym szalenie, absurdalnie trudną dla jego ideologicznych oponentów, przez co regularnie stosują zamiast tego całą masę ad personamów i trików retorycznych. Bo debatować z samymi przedstawionymi danymi naprawdę nie sposób.


Ostatnia 1/3 książki to próba wyciągnięcia wniosków z zebranych danych i wskazania tego, jak można je wykorzystać, oraz jakie (poważne, niestety) zagrożenia płyną z tego, że pozostawimy sytuację swojemu biegowi.


Głównym wnioskiem z Piketty’ego jest to, że – pomijając skrajnie krótki, choć świeży w naszej pamięci – okres gwałtownego wzrostu gospodarczego, wzrost był zawsze bardzo niski (przez większość historii na poziomie 0.1-0.2% rocznie i to w dużej mierze przez wzrost populacji), a na przyszłość musimy się raczej pogodzić z globalnym wzrostem na poziomie 1-2% rocznie. Tymczasem zwrot z kapitału (np. renty gruntowej, nieruchomości, akcji, itp.) regularnie orbituje w okolicach minimum 5% (wydaje się to być pewną granicą psychologiczną niezbędną do odraczania przyjemności i wydatków), a przy dużych kapitałach zwrot rośnie, nawet do poziomu 10%.

To oznacza, że nawet nie pracując „dziedzice” stopniowo zdobywają coraz większy i większy procent własności całego światowego majątku.

To z kolei prowadzi do dwojakiego rodzaju problemów:

a) społecznych – bo w pewnym momencie nierówności te dochodzą do poziomu, który niszczy społeczeństwo. Akurat Piketty nie wchodzi w ten temat, ale z historii długu Graebera wiemy, że w starożytności rozwiązywano ten problem np. przez okazyjne amnestie długowe, zaś ostatnimi znaczącymi próbami rozwiązania takich nawarstwionych nierówności były m.in. rewolucja francuska, czy rewolta komunistyczna. Tym, co faktycznie dramatycznie zadziałało były I i II wojna światowa, w połączeniu z ustanowionymi po nich przez rządy drastycznymi, wręcz konfiskacyjnymi podatkami zarówno od dochodu, jak i od majątku. To doprowadziło do okresu w którym faktycznie była możliwa duża mobilność społeczna, jak również dużo większa równość – złotych lat trzydziestolecia powojennego. Krótkiego, ale istotnego w naszej historii i silnie budującego nasze wyobrażenie dobrze działającym społeczeństwie. Obecnie niestety zmierzamy z powrotem do wyników przedwojennych (nie idealnych, bo teraz mamy np. inflację, której kiedyś w ogóle nie było, ale która dotyka tylko części majątku, ale dość bliskich bardzo kiepskiej sytuacji z przed II WŚ).

b) ekonomicznych – bo powyżej pewnego progu koncentracji majątku przez najbogatszych, cała gospodarka cierpi i zwalnia. Po prostu, gdyby te pieniądze trafiły do dolnych 50% społeczeństwa (w skali majątku), zostałyby wydane, wprowadzone w ruch. Natomiast u górnych 1% nie są wprowadzane w ruch, nie generują realnego wzrostu gospodarczego, tylko albo inwestowane są w pseudoprodukty finansowe, albo ukrywane w rajach podatkowych. (Czego efektem jest m.in. paradoksalny stan, w którym bilans długów planety ziemia jest obecnie ujemny na 10-20% globalnego PKB, które zapewne wisimy reptilianom z proxima centauri 😉 No, chyba, że te pieniądze po prostu są ukryte w rajach…) Ta sytuacja szkodzi gospodarce i to dość drastycznie.

Jak widać, sytuacja jest dość poważna i warto pomyśleć co można z nią robić.


Nieco luźnych obserwacji i uwag

  •  Około 3x więcej kapitału wypływa co roku z Afryki jako zarobek zachodnich inwestycji w tym rejonie, niż wpływa jako pomoc międzynarodowa. Ot, taki detal 😉
  • Wzrost PKB jest mniej trafną miarą, niż wzrost PKB na mieszkańca (bo de facto zawiera w sobie wzrost populacji jako taki). To oznacza, że globalne PKB będzie spadało – bo spada (i dobrze!) wzrost populacji.
  • Długoterminowe podtrzymanie wzrostu PKB na poziomie 4,5 czy tym bardziej 10% jest absurdem (bo oznaczałoby w ciągu 50-100 lat wzrost produkcji kilkadziesiąt razy, co jest fizycznie nierealne).
  • Historycznie inflacja tak bardzo nie istniała (na poziomie globalnym), że autorzy tacy jak Jane Austen regularnie podawali dokładne dochody swoich bohaterów i dawały one jasny obraz ich życia długo po śmierci autora. Przychód 3000 funtów w 1650 i w 1750 dawał podobny styl życia. Zmieniło się to przez wydatki wojenne w XIX i XX wieku i wtedy też autorzy przestali szczegółowo pisać o dochodach bohaterów.
  • Deficyt handlowy wielu państw (np. Francja, UK) był długoterminowo możliwy dzięki dużym inwestycjom zagranicznym, które przynosiły większy zwrot niż ich deficyt handlowy.
  • Prosty test czy rynek nie zmierza do bańki – wskaźnik q Tobina względem całego rynku.
  • Pokolenie superkadr vs pokolenie rentierów – czy najwyższe dochody ma top 1% najlepiej zarabiających czy top 1% najwięcej dziedziczących
  • Czy wysoki poziom nierówności przyczynił się do kryzysów z 1929 i 2008? Z ogromnym prawdopodobieństwem tak – wchłanianie większości dochodu przez najbogatszych prowadziło do reinwestowania go w pseudoprodukty finansowe ORAZ do oferowania ryzykownych kredytów dla ubogich (którzy potrzebowali więcej gotówki).
  • Od 1977 do 2007 1% najbogatszych w USA wchłonął prawie 60% wzrostu PKB wypracowanego w tym okresie. Dla 90% populacji stopa wzrostu średniego dochodu wynosiła w tym okresie poniżej 0.5% rocznie. Jednocześnie np. koszta uniwersyteckie dramatycznie wzrastały, tym samym uniemożliwiając edukację wyższą dużej części populacji.
  • Badania jasno pokazują, że płaca minimalna w USA jest tak skrajnie za niska, że jej wzrost doprowadziłby, paradoksalnie, do spadku bezrobocia (np. Card i Krueger Myth and Measurement 1995).
  • Równocześnie top 1% zaliczyło kolosalny skok w dochodach, z 2% do 10% całego PKB. W ogromnej mierze jest to skutkiem zlikwidowania konfiskacyjnych podatków na najwyższe pensje menadżerskie – wcześniej te podatki sprawiały, że firmy dzieliły się tymi pieniędzmi z pracownikami lub akcjonariuszami – prezesom nie opłacało się walczyć o coś, czego otrzymywali 10%, dyrektorzy finansowi niechętnie płacili 90% podatku rzadowi. Obecnie zarząd jest w stanie tak dogadać się z komisją płac, by generować kolosalne i nijak nie uzasadnione, pod względem wydajności, pensje.
  • Nawet wysokie, konfiskacyjne podatki dla superbogatych, wzrost gospodarczy wynikły z wykształcenia, itp. doprowadziły raczej do transferu od ultrabogatych, do klasy średniej, niż do ubogich. Spadek udziału najwyższych 10% w PKB zwiększył udział średnich 40%, natomiast udział dolnych 50% nie zmienił się od… początku XIX wieku. Około połowa najbiedniejszej części ludzkości (w badanych krajach, np. Francji) nie zostawia po sobie żadnego spadku (lub zostawia długi).
  • Celem podatków konfiskacyjnych nie jest znaczący dochód do budżetu, ale zmiana zachowań ludzi (np. polityki płacowej dużych firm). Np. rozmiar wzrostu pensji kadr kierowniczych w różnych krajach jest liniowo powiązany z redukcją konfiskacyjnych podatków od wynagrodzeń w tych krajach.
  • Optymalny poziom takich stawek wynosi ponad 80% (dla dochodów ponad 500 tys- milion dolarów rocznie).
  • W UE ciekawym pomysłem byłaby unijna deklaracja CIT dla korpo międzynarodowych, następnie podatek byłby płacony w poszczególnych krajach, gdzie korpo ma siedzibę, proporcjonalnie do obrotów oraz liczby pracowników w danym kraju. Takie rozwiązanie dość ładnie ograniczyłoby emigracje podatkową w ramach Unii.
  • Jednym z dużych skutków rewolucji francuskiej była znacząca zmiana prawa spadkowego, dzięki której każdy potomek (za wyjątkiem bardzo szczególnych przypadków) ma prawo do części majątku. Wcześniej standardem było to, że dziedziczył najstarszy mężczyzna, a pozostali członkowie rodziny kończyli z groszami lub bez niczego.
  • Okres od początku XX wieku do lat 70-tych jest wyjątkowym okresem w historii, kiedy to top 1% najlepiej zarabiających mogło ze swoich majątków żyć na poziomie wyższych niż top 1% dziedziców, nigdy wcześniej tak nie było i znów zmierzamy w kierunku gdy raczej tak już nie będzie… (Przy czym należy dodać, że średni poziom życia przeciętnej osoby jest dziś dużo wyższy niż 200 lat temu, gdy do komfortowego życia trzeba było zarabiać dziesięcio-dwudziestokrotność średniej krajowej…)
  • Są dwa typowe systemy emerytalne – repatriacyjne i kapitałowe. Repatriacyjne (emerytury obecne są wypłacane z kapitału obecnie wpłacanego, np. nasz ZUS) sprawdzają się dobrze przy wysokim wzroście PKB, jak przez większość XX wieku. Kapitałowe (wpłacany obecnie kapitał jest inwestowany w akcje, np. II i III filar) będą prawdopodobnie w XXI wieku dawać wyraźnie większy zwrot niż repatriacyjne ALE zwrot ten jest wyższy średnio, co stanowi duże ryzyko dla comiesięcznego wypłacania. Co więcej, nie możemy ot tak przeskoczyć z repatriacyjnego na kapitałowy zwrot, bo jedno pokolenie skończyłoby na lodzie. Stąd próby hybrydowych rozwiązań typu III filary…
  • Duży kapitał pozwala na dużo wydajniejsze inwestowanie, niż mały. Średnia stopa zwrotu funduszy powierniczych amerykańskich uczelni – gdzie mamy jasne dane finansowe – jest bezpośrednio powiązana z majątkiem funduszu. Największe fundusze zarabiają średnio rocznie 10,2% wartości, najmniejsze 6,2% – można z tego wnioskować podobne stopy zwrotu z prywatnych majątków.
  • Silnie progresywny podatek od całego posiadanego majątku (minus długi, majątek oceniany na zasadzie wstępnego wyliczenia z urzędu wg. cen rynkowych, od którego można się odwołać – co już funkcjonuje np. w USA) – byłby bardzo sensowną formą redukcji nierówności. Skoro większe majątki dają większy zysk, sprawiedliwym jest również ich większe opodatkowanie. Np. 0% majątki do miliona euro, 0.1% majątki milion-2 miliony, 0.5% majątki 2-5 milionów, 2% majątki 5-15 milionów, itp. Piketty sugeruje wręcz powiązanie opodatkowania z ubiegłoroczną stopą zwrotu z majątku z danego zakresu.
  • Należy pomyśleć o jednorazowym (albo rozłożonym w czasie, ale przeznaczonym na ten sam cel), silnie progresywnym podatku od majątku, który byłby przeznaczony na rzecz spłatę długów państwa. Dzięki temu nie płaciłoby ono odsetek (obecnie płaconych głownie najbogatszym, de facto), co dałoby mu więcej pieniędzy na realizację podstawowych zadań typu edukacja, infrastruktura, badania czy służba zdrowia, tym samym zwiększając szansę na wzrost udziału dolnych 90% (a zwłaszcza dolnego 50%) społeczeństwa w PKB.

A, uprzedzając wszelkich dyskutantów, w dyskusji obowiązują regulaminowe zastrzeżenia. Merytoryka chętnie, ideologia niet 🙂