Pozwólmy naszemu społeczeństwu się zestarzeć!

Uwaga! W artykule obowiązują zasady dyskusji. Przestrzegaj lub wylatuj, wybór należy do Ciebie. Dyskusja w tym miejscu nie jest prawem domyślnym i jest ograniczona do osób potrafiących się zachować i uargumentować swoje stanowisko. Nawet skrajnie przeciwne – ale merytoryczne.


W polityce toczy się debata o to, jak przeciwdziałać starzeniu się społeczeństwa. Co zrobić, by Polacy mieli więcej dzieci? Jak zażegnać kryzys demograficzny?

Niezależnie od tego jakie rozwiązania – 500+, MDM, czy inne proponowane programy się rozważa, mam wrażenie, że wszyscy tak skupili się na szukaniu rozwiązań, że nikt nie zadał sobie podstawowego pytania: czy przeciwdziałanie starzeniu się społeczeństwa ma jakikolwiek sens?

pokolenie

Normalna nienormalność

Stabilny wzrost populacji wydaje nam się czymś oczywistym, a załamanie tego trendu jawi się jako kryzys. Historycznie patrząc, to kolosalny wzrost populacji w ciągu ostatnich dwóch wieków był historycznym wyjątkiem. Przez przygniatającą większość ludzkiej historii nasza populacja była relatywnie stabilna, rosła w tempie góra 0.5-1% rocznie. Dopiero rewolucje technologiczne – przemysłowa i rolnicza – umożliwiły utrzymanie nieporównywalnie większej populacji. W 1804 na Ziemi był miliard ludzi. Podwojenie tej liczby zajęło nam 123 lata, dobicie do trzeciego miliarda już tylko 33 i od tego czasu co kilkanaście lat przybywał nas miliard. Skrajnym absurdem – choćby ze względu na ograniczoną ilość zasobów – byłoby oczekiwanie, że takie tempo może się utrzymać. Zupełnym brakiem wyobraźni jest aktywne działanie na rzecz utrzymania takiego tempa.

Zaliczyliśmy historycznie nietypową eksplozję demograficzną. Najwyższy czas pogodzić się z tym, że to sytuacja abnormalna i przejść nad nią do porządku dziennego. Tym bardziej, że właśnie przekroczyliśmy szczyt narodzin – w świecie rozwiniętym już dawno, ale kilka lat temu również w krajach rozwijających się. Najbliższych 35 lat to wciąż okres wzrostu populacji, ale stricte w wyniku spadającej śmiertelności (zwłaszcza niemowląt). Szczyt populacji zaliczymy prawdopodobnie około 2050, na 10-12 miliardach (o połowę więcej ludzi niż obecnie! wyobraź sobie jakie zasoby będzie to pochłaniało!). Później tak czy tak spadek jest nieunikniony. Ludzie żyjący w dostatku i bezpieczeństwie mają mniejszą potrzebę posiadania dzieci. Uprzedzając głupie rasistowskie fantazje – tak, ludzie z wszystkich kultur. Płodność jest pochodną śmiertelności dzieci – im więcej dzieci dorasta zdrowo, tym mniej dzieci chcemy w ogóle mieć, jako gatunek.

Walka z takim spadkiem populacji jest więc ze swojej natury walką z wiatrakami. Względnie, urojeniową fantazją, w której cały świat przestaje się rozmnażać, za to Polki zmieniają się w istne klacze rozpłodowe, masowo produkujące dzieci. Bez jaj! (Pun intended 😉 ).

Jedyny powód, dla którego tego nie widzimy, jako społeczeństwo, to zwykła bezwładność. Tak przyzwyczailiśmy się do tymczasowego trendu, że traktujemy go jako oczywiste prawo. Jak inwestorzy giełdowi, których akcje rosną i którzy przestają wierzyć w możliwość jakichkolwiek spadków.


A co z…

Na rzecz przeciwdziałania spadkowi dzietności pada wiele argumentów. Sęk w tym, że nawet przy pobieżnej analizie większość z nich okazuje się mieć bardzo kruche podstawy lub wręcz błędne założenia. Przyjrzyjmy się najważniejszym… (Jeśli jakieś istotne pominąłem, dopisz w komentarzach, postaram się aktualizować tekst.)


Kto będzie pracował na nasze emerytury?

Pytanie łączące realny problem ze skrajnie błędną diagnozą. Niewątpliwie mamy problem z oszczędnościami emerytalnymi dużej części populacji, społecznym systemem wsparcia, itp. Tyle tylko, że rozwiązaniem nie mogą być próby podtrzymania systemu, który ze swojej natury powstawał w zupełnie innych warunkach i w oparciu o inne założenia. Ten system, który mamy, sprawdzał się przez kilkadziesiąt lat intensywnego wzrostu populacji. Dziś ten wzrost się skończył i to se ne vrati, czy to się komuś podoba, czy nie. Nawet jakby stanąć na głowie, zdelegalizować antykoncepcję (zakładamy dystopię, gdzie byłoby to możliwe), itp. – nie wrócimy już do tego układu.

A skoro nie wrócimy do tego układu, to nie ma co czarować rzeczywistości. Zamiast tego trzeba usiąść i zacząć analizować jakie mamy alternatywy. Jakieś są na pewno. Może trzeba uruchomić zupełnie nowy, np. inwestycyjny, system dla nowych pokoleń, a roszczenia dotychczas ubezpieczonych pokryć wyprzedając dzieła muzealne sztuki prywatnym kolekcjonerom? Może legalizacja i opodatkowanie prostytucji i narkotyków dadzą choć część potrzebnych kwot? Nie wiem, nie jestem na tyle mądry, by podać z rękawa odpowiedź na to pytanie, bo jest ono trudne jak zapasy w błocie z Shoggothem. (Nie pytajcie mnie skąd wiem jak trudne są takie zapasy… wciąż mam koszmary.) Sęk w tym, że to pytanie trzeba po prostu zadać i to jak najszybciej, zamiast trzymać się scenariuszy oderwanych od rzeczywistości i próbować zmusić świat do dopasowania się do naszych potrzeb.

Nikt nie będzie pracował na nasze emerytury. A teraz co z tym możemy zrobić, przyjmując tą informację jako niezmienny fakt i pewnik?


Kto będzie pracował, po prostu?

W szpitalach. Kawiarniach. Milionie nudnych, nieciekawych, niskopłatnych prac, które TRZEBA wykonać?

Japończycy już zadali sobie to pytanie- i jako dość ksenofobiczny naród, chcący minimalizować imigrację, postawili na robotykę. Jest to jeden kierunek.

Innym kierunkiem jest ułatwienie imigracji z innych krajów. Robią to np. nasi sąsiedzi zza południowej granicy, masowo sprowadzając rosjan, ukraińców, itp. do pracy w tych zawodach, w których mają braki. Zarabiają trochę mniej niż lokalsi, dużo więcej niż zarabialiby u siebie, przez pięć lat mają pracować w zawodzie, wypełniając tym samym lukę. Wszyscy są zadowoleni.

Czesi są w tym bardzo mądrzy. Bo dziś jeszcze niespecjalnie rywalizują z innymi. Dziś inni, jak ostatni frajerzy, walczą z kryzysem demograficznym KTÓREGO NIE MOŻNA POWSTRZYMAĆ. Oraz, co równie istotne – KTÓREGO NIKT PRZY ZDROWYCH ZMYSŁACH NIE CHCIAŁBY POWSTRZYMAĆ. Bo alternatywą jest głód i bieda na skalę, o których zdążyliśmy dawno zapomnieć. No, chyba, że zdążymy skolonizować masowo Marsa, ale na to coś się nie zapowiada.

Czesi są więc mądrzy. Bo mogą dawać tym imigrantom zarobkowym (których należy całować po rękach, a nie ganić!) dużo gorsze warunki, niż musieliby, gdyby rywalizowali ze wszystkimi innymi państwami. A do takiej rywalizacji dojdzie – za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat, kiedy wszyscy zaczną się budzić z rękami w nocniku.

Zamiast dążyć do wzrostu narodzin należałoby więc zrobić prostą analizę potrzebnych pracowników, skrajnie ułatwić im imigrację – skąd by nie chcieli przyjeżdżać – podpisać stosowne lojalki i spijać profity.


Muzułmanie nas przeludnią

Idiotyczny rasistowski argument, ale musiałem się odnieść bo inaczej pojawiłby się w komentarzach. Nie, nie przeludnią. W dobrobycie i dostatku dzietność muzułmanów spada tak samo jak dzietność chrześcijan i ateistów. By być fair jest jeden niepokojący trend-  dzietność konserwatystów każdej religii spada wolniej niż dzietność niewierzących. Z drugiej strony, nawet dzieci konserwatywnych rodziców coraz częściej odrzucają wiarę, nie ma więc tragedii.


Ludność to nasza przewaga, jeśli nie będziemy mieli populacji, przegramy z innymi państwami

Wartością nie są ludzie, a wykształceni ludzie, specjaliści. Mając mniejszą populację możemy proporcjonalnie więcej zainwestować w każdą jednostkę i uzyskać lepsze efekty – zwłaszcza teraz, gdy na rynku pracy jest pokolenie wyżu i mamy te zasoby do inwestowania.

Oczywiście, wymaga to mądrej i sensownej polityki, jest więc argumentem nieco nierealnym, albo i może nawet całkiem urojonym. Ale hej, pozwólcie człowiekowi marzyć, że kiedyś będziemy mieli sensownych, dalekowzrocznych polityków…


Nie zdołamy utrzymać naszej infrastruktury, będą miasta i wioski widma

I dobrze.

Ponownie, rozpaczliwe trzymanie się przeszłości nie ma sensu. Świat się zmienia. Nikt nie postuluje przeniesienia stolicy do Gniezna.

W Ameryce są tysiące miast i wiosek widmo. Nikogo to nie rusza. USA nic na tym nie traci.

Oczywiście, dla danej lokalnej społeczności jest to zawsze tragedia i szczerze współczuję tym ludziom. Tak jak współczułbym stenotypistkom, telegrafistom czy kierowcom dyliżansów, gdy zmieniające się warunki wymuszały u nich zmianę stylu działania.

Żałuję też poniesionych inwestycji infrastrukturalnych, które często nie przyniosły jeszcze odpowiedniego zwrotu.

Ale świat się zmienia. Próby walki z tym, próby podtrzymania czegoś, co i tak nie miało szansy przetrwać są może szlachetne, ale skazane na porażkę. Doceńmy to, uszanujmy i idźmy dalej.


Tyle, jeśli chodzi o popularne argumenty. Kolejnym pytaniem jest oczywiście „Co z tego wynika?

Spotkałem się – trudno mi w to uwierzyć, ale faktycznie istnieją – z absolutnymi kretynami, który spotkawszy się z tymi argumentami reagowali hasłami typu „Czyli populacja wg. ciebie powinna się zmniejszyć? To zacznij od siebie i się zabij!” Pomijając oczywiście bezmyślny jad tak rzucany, stoi za tym dość oczywiste niezrozumienie przedstawionej argumentacji.

Populacja zmniejszy się, w skali najbliższego wieku, niezależnie od tego czy będziemy z tym coś robili czy nie. (Jak wspominałem, opcją alternatywną byłaby chyba tylko jakaś ekstremalna kolonizacja, w rodzaju Marsa lub głębin oceanów, co jest mało prawdopodobne. No, ew. jakaś bardzo skuteczna i powszechna ultraterapia dająca niemalże nieśmiertelność i dramatycznie zmniejszająca śmiertelność wszystkich. Ponownie, mało prawdopodobny scenariusz.) Nie chodzi o jakiekolwiek wysiłki na rzecz celowej redukcji populacji – ona i tak się zmniejszy. Nie potrzebuje do tego naszej pomocy.

Chodzi o zaakceptowanie tego prostego faktu i racjonalne działania podejmowane w oparciu o ten scenariusz. O zaplanowanie odpowiedniego napływu imigrantów- specjalistów. O drastyczną reformę systemu emerytalnego, lub przynajmniej jej wstępną koncepcję. O uświadomienie sobie realnego problemu i zareagowanie na niego. W przeciwieństwie do tego co robimy dotychczas – zamykając oczy i zatykając uszy, nucąc sobie pod nosem „wszystko będzie zawsze tak jak było” i próbując rozpaczliwie narzucić rzeczywistości nasz nierealny scenariusz…

Aczkolwiek, jak już pisałem, do tego potrzebny byłby równie nierealny scenariusz p.t. rozsądni, myślący długodystansowo politycy.

Dear Cthulhu, we’re fucked…

Author: admin

Share This Post On
  • pwoloszun

    „Szczyt populacji zaliczymy prawdopodobnie około 2050, na 10-12 miliardach” – a skad te wyliczenia? I dlaczego nie 8-9mld w 2025 albo 50-80mld w 2100?

    • Skąd: analizy demograficzne i najbardziej prawdopodobne scenariusze rysowane na ich podstawach, takie rzeczy po prostu się liczy. 8-9 mld w 2025 jest zdecydowanie prawdopodobne w drodze do 10-12 w 2050, natomiast raczej nie będzie to szczytem, szczyt przewidywany jest na ok. 2050. 50-80 mld w 2100 jest liczba skrajnie nierealną ze względu zarówno na zasoby i przestrzeń (gdzie to upchnąć), jak i na trendy wzrostu populacyjnego (50-80 mld w 2100 wymagałoby żeby każda kobieta miała dziś co najmniej 8 dzieci, przy zachowaniu niskiej śmiertelności niemowląt i innych czynników… i tak przez najbliższych 50 lat – sam widzisz, że skrajnie nierealne). Jeśli już, scenariusze prognozują mało prawdopodobną, ale realną opcje 16 mld/2100, ale to wymagałoby uniwersalnej dzietności w granicach 2.5-3 dziecka na każdą kobietę, gdy globalnie zbliżamy się raczej do 1,5-2 i jest to trend spadkowy.

  • Pavel K.

    „Dziś inni, jak ostatni frajerzy, walczą z kryzysem demograficznym KTÓREGO NIE MOŻNA POWSTRZYMAĆ.” – tu warto by było dodać, że owi „frajerzy” to państwa takie jak: Francja, Dania, Wielka Brytania, Szwecja, Belgia, Finlandia, itd. Przyznać trzeba, że całkiem zacne towarzystwo. 🙂 Programy prorodzinne, jak wspomniany 500+, to nie jest rzecz, która wyskoczyła jak królik z kapelusza wraz ze zmianą partii rządzącej. Wspomniani Czesi też mają swój program zwiększania dzietności, tylko kwoty są dużo mniejsze, niż we wcześniej wymienionych krajach. Z drugiej strony, nawet tam państwo więcej wydaje na programy prorodzinne, niż nasi włodarze. Tu warto sobie postawić pytanie: po co to wszystko? Czyżby nie znalazł się nikt oświecony, kto by wytłumaczył takim Francuzom, czy Szwedom, że to wszystko nie ma sensu?

    • Nie chodzi o oświecenie, a o zwykłe spojrzenie z szerszej perspektywy. I tak, zdecydowanie, tacy Francuzi działają siłą rozpędu i reakcji, a nie długoterminowego planowania. Co widać choćby w kryzysie z uchodźcami, gdzie reagujemy na to co tu i teraz, zamiast pomyśleć o tym co dopiero będzie za 10-20 lat, bo wtedy będziemy mieli prawdziwą zabawę – jeśli po drodze nic z tym nie zdziałamy.

      • Pavel K.

        Akurat, twierdzenie, że w przypadku dzietności Francuzi działają reaktywnie jest błędem. Polityka prorodzinna jest w tym państwie prowadzona od końca XIX wieku. Pierwsze zasiłki „na dzieci” pojawiły się już w 1913 roku, kolejne wprowadzano m.in. w latach 30′ i 70′. W międzyczasie wprowadzono również ulgi podatkowe i inne instrumenty mające zachęcić Francuzów do rodzenia dzieci. Ta długoterminowa polityka przynosi skutki, bo Francja ma jeden z najwyższych współczynników dzietności w UE i wg statystyk, wpływ imigrantów na ten współczynnik w skali kraju nie jest wysoki. Ok, można by było twierdzić, że obecnie to się toczy siłą rozpędu, sęk w tym, że Francuzi są zadowoleni z obecnego stanu rzeczy i stawia się ich jako wzór w UE.

        Poza tym, moim zdaniem, błędne jest ocenianie lokalnej polityki prorodzinnej państw patrząc przez pryzmat całej populacji. O wzroście dzietności mówi się głównie w Europie, bo tu współczynnik jest niewielki, z kolei w Chinach do niedawna stosowano politykę całkowicie odwrotną. Lokalna sytuacja powoduje takie, a nie inne decyzje. U nas dodatkowo niska dzietność jest potęgowana przez dużą emigrację osób w wieku reprodukcyjnym. Jeszcze jest kwestia tego, że

        ruchy migracyjne wcale nie działają tak, żeby wyrównać gęstość zaludnienia. Gdyby tak było, to np. Chińczycy już dawno skolonizowaliby rosyjski daleki wschód.

  • Tomek Skołożyński

    Hej,
    Włączę się w dyskusję:

    1. Kto będzie pracował na nasze emerytury? To jest nieco fikcyjny problem. Wysokość emerytur jest kwestią polityczną. Założenie, że system emerytalny się bilansuje i że składki go utrzymują jest po prostu nieprawdziwe. System nie bilansuje się już teraz (i nie musi się bilansować ani teraz, ani kiedykolwiek).
    Jeśli będzie wola, żeby emerytury były wyższe, to można to zrobić w każdej chwili. I nie potrzebne (a w obecnych czasach niewskazane) jest do tego jakiekolwiek zwiększanie podatków. Wystarczy zwiększyć deficyt / dług publiczny.

    2. Kto będzie pracował, po prostu? Założenie, że zabraknie nam siły roboczej też jest problemem nieco fikcyjnym. Mamy 10% oficjalnego bezrobocia, kilka procent nieoficjalnego, sporo osób wypchniętych na przymusową wcześniejszą emeryturę / rentę, gigantyczną emigrację młodej i wykształconej siły roboczej, która chciałaby wrócić (gdyby miała do czego), wspomniany przez Ciebie rezerwuar imigrantów… a nawet nie dotykamy tematu „bullshit jobs” i tego, ile siły roboczej marnuje się w zawodach, z których nie ma najmniejszej użyteczności dla społeczeństwa.
    Problem „zabraknie nam rąk do pracy” to troszkę zasłona dymna. Odpowiedni poziom bezrobocia jest korzystny dla wybranych grup (Kalecki pisał o tym w 1943) i zmiana statusu quo budzi u niepokój…

    3. Imigranci na rynku pracy – tak, o ile państwo ma pełne zatrudnienie, wtedy faktycznie „wszyscy są zadowoleni”. Jeśli jednak otwierasz rynek pracy na tanią siłę roboczą, to naturalne jest to, że ich obniżone oczekiwania finansowe zmniejszają możliwości negocjacyjne rodzimych pracowników. Dziś cieszę się, że dajemy zielone światło Ukraińcom. Cieszyłbym się, gdybyśmy przyjęli Syryjczyków, ale z perspektywy makroekonomii ci pracownicy nie będą korzystnie wpływali na nasz rynek pracy.

    Problem starzejącego się społeczeństwa jest, zmiana jest potrzebna, ale nie wiem czy recepty, które podajesz w tekście są faktyczną odpowiedzią na problem.

    • pwoloszun

      Ad 1. „Kto będzie pracował na nasze emerytury? To jest nieco fikcyjny problem. Wysokość emerytur jest kwestią polityczną. […] Wystarczy zwiększyć deficyt / dług publiczny.” – przyjacielu, wlasnie rozwiazales problem nie tylko Polski, ale CALEGO swiata zachodniego! Powinienes zostac Ministrem Finansow, a jeszcze lepiej jakiegos IMF-u 🙂

      Ad 2. „Założenie, że zabraknie nam siły roboczej też jest problemem nieco fikcyjnym”.
      Pierwsze pytanie co to znaczy „troche”? Drugie to skad Ty bracie masz te informacje? Bo jesli porozmawiasz z pracodawcami, ludzmi odpowiedzialnymi za rekrutacje, to mozesz dostac zgola odmienne odpowiedzi. Chodzi przede wszystkim o osoby wykwalifikowane – czyt. takie, ktore potrafia cos wiecej niz roboty

      • Tomek Skołożyński

        Ad. 1. Cieszę się, że Cię rozbawiłem. Tylko wiesz, jest cała szkoła ekonomiczna, która w zbyt dużym zadłużeniu prywatnym, a zbyt małym publicznym (rozumianym jako zwiększenie ilości pieniądza w gospodarce poprzez zmniejszenie podatków i/lub zwiększenie wydatków publicznych) upatruje przyczynę większości problemów, w tym kryzysów gospodarczych. Wyguglaj sobie Steve Keen, MMT (modern money theory) czy postkeynsizm. Nawet po polsku znajdziesz sporo materiałów.
        Co do problemów świata zachodniego, to strefa euro i sposób jej zarządzania jest problemem. A problemem całego świata w tym Polski jest to, że politycy, dziennikarze i zwykli obywatele mylą mikroekonomię z makroekonomią i próbują zarządzać / mówić o budżetach państwowych jakby to były budżety gospodarstw domowych.
        To nie jest oczywiście AŻ TAK proste, bo w Polsce limit długu jest zapisany w Konstytucji + mamy podpisane traktaty międzynarodowe (Maastricht), ale to są ograniczenia, które narzuciliśmy sobie sami, a nie obiektywne przeszkody.
        Więcej otwartej głowy, a mniej ironizowania Ci życzę.

        Ad 2. Z wielu różnych źródeł, których nie chce mi się linkować czy szukać. Są w sumie bez znaczenia, bo Twoi rozmówcy odpowiedzialni za rekrutację mówią co innego, więc na pewno masz rację.

  • Krykiet

    W walce z małą dzietnością nie chodzi o przywrócenie wzrostu populacji. Chodzi o złagodzenie przejścia z dużej, do mniejszej populacji. Aktualna sytuacja jest na tyle drastyczna, że będzie bardzo duży problem z emeryturami. Na emerytów zawsze i wszędzie płacą aktualnie pracujący i nie ma od tego żadnej ucieczki, niezależnie od konstrukcji systemu emerytalnego(prywatny, publiczny). Np. w Niemczech Total dependency ratio wzrośnie o 50% w ciągu 20 lat. Bardzo trudno to zrównoważyć innymi sposobami, więc postawili na imigrację. Zobaczymy jak im pójdzie, ale to moim zdaniem jest ryzyko poważnych problemów politycznych. Co będzie, jak imigranci (a zresztą razem z nimi wszyscy młodzi) nie zechcą wcale utrzymywać niemieckich emerytów?

  • krecik60

    A teraz zadajmy pytanie, dlaczego mamy takich polityków?

  • Maciej Marucha

    „Ludzie żyjący w dostatku i bezpieczeństwie mają mniejszą potrzebę
    posiadania dzieci.”, a skąd masz tę wiedzę? Według tych badań
    http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2010/K_004_10.PDF, jest średnio
    odwrotnie(str 5 i 6)

    • 1) Nawet badania na które się powołujesz nie pokazują układu „średnio odwrotnie” – po pierwsze badają deklaratywną postawę, po drugie ten efekt wychodzi nawet w deklaratywnej postawie tylko u osób już posiadających dzieci. U nieposiadających efektu nie ma.
      2) To powiedziawszy, nie ta skala „życia w dostatku i bezpieczeństwie”. Nawet bardzo ubodzy Polacy są w globalnej czołówce jeśli chodzi o „życie w dostatku i bezpieczeństwie”.

      • Maciej Marucha

        Ok, masz rację, że nie tak skala zarobków. No badania złe przytoczyłem. A ty jakbyś mógł to podrzuć badania, które potwierdzają twoją tezę.

        • Poszukaj w temacie „economic-demographic paradox”, temat solidnie przebadany w drugiej połowie ubiegłego wieku, więc trudno aktualne (skanowane) badania znaleźć, bo teraz to tym po prostu piszą w książkach, a badania z lat 60-70 są trudniej dostępne online, raczej w bibliotekach.

          • Maciej Marucha

            Ok, dzięki