Recenzja: Łotr Jeden/ Rogue One

Rogue One to spin-off, film sięgający do wątków pobocznych do głównej fabuły Gwiezdnych Wojen. To film wojenny, zamiast klasycznej opowieści o bohaterach. Czy udało mu się dorównać wymogom poprzedników?

Postaram się unikać większych spoilerów, ale trudno bez nich dobrze mówić o filmie, więc nieco pewnie się przemknie.

Źródło: Wikipedia

Źródło: Wikipedia

Krótka odpowiedź: TAK. Rogue One jest w mojej ocenie jednym z najlepszych gwiezdnowojennych filmów. Jest w stanie być równocześnie bardzo gwiezdnowojenny… i zupełnie inny.

Nie sposób tutaj uciec od porównań z „drugimi nowymi Gwiezdnymi Wojnami”. Epizod VII, Przebudzenie Mocy, wręcz niewolniczo naśladował pierwsze Gwiezdne Wojny… A jednocześnie i tak nie udało mu się powtórzyć jego klimatu. Winne tu były drobiazgi, specyfika reżysera, którego własny styl przytłumił drobne rysy, które budowały klimat oryginału. Zabrakło np. specyficznej geometrii GW (przyjrzyjcie się, zwłaszcza imperialnym strukturom!) czy technofilii (długich, powolnych ujęć na wszelkie maszyny bojowe, myśliwce, itp. obecne w filmie). To sprawiło, że VII była dobrym filmem, ale startrekiem z gwiezdnowojennymi akcesoriami.

Rogue One jest pełnoprawnymi Gwiezdnymi Wojnami. Jest taki mimo wyrzucenia wielu typowych akcesoriów serii w rodzaju pełzających napisów. Od początku do końca trzyma po prostu klimat oryginału. Fabularnie nie jest kliszą Nowej Nadziei, ale jakimś cudem lepiej utrzymuje dynamikę tamtego filmu. Jest przy tym zupełnie innym filmem.

To nie jest opowieść o herosach, czy wręcz o osobach.

Głównymi bohaterami nie są Jyn Erso, Cassian Andor czy K-2SO. Głównym złym nie jest dyrektor Orson Krennic, gubernator Tarkin czy Lord Vader.

Te osoby są w filmie. Są istotne dla jego fabuły. Ale są tylko środkami narracyjnymi. Kimś, z kim widz może się na chwilę utożsamić, by lepiej zrozumieć co się dzieje. Pretekstem, by pokazać w akcji pełną złożoność prawdziwych bohaterów tego filmu.

Rebelii.

Imperium.

To nie jest film o ludziach. To nie jest film o herosach. To opowieść o stronach konfliktu.

Rebelii – dużo bardziej szarej, terrorystycznej, skłóconej wewnętrznie, podejmującej decyzje niekiedy chaotycznie i nieracjonalnie, w imię emocji. Bo koniec końców są w tak czarnej dziurze, mają tak słabą sytuację, że tylko te emocje pozwalają im wciąż działać, wciąż się starać. To motyw przewodni tego filmu dla Rebelii. „Rebelie opierają się na nadziei.” Na tych małych krokach do przodu, drobnych sukcesach ponoszonych w morzu porażek i krwawych ofiar.

Imperium – potężnego molocha, który bez problemu zmiótłby Rebelię… Gdyby tylko wszyscy tam zaangażowani odłożyli na bok swoje prywatne ambicje. Tymczasem rywalizują o prestiż i uwagę Imperatora niczym dzieci o miłość rodzica. Nikomu nie przyjdzie przy tym oczywiście do głowy zwrócić uwagę na mrówki, które rozdeptują po drodze. Nawet jeśli tymi mrówkami są całe miasta pełne cywili. Albo całe imperialne bazy pełne lojalnych żołnierzy i urzędników. Dodatkowy plus za ujęcia okupowanej Jedhy – skojarzenia z okupacją Iraku przez USA (i postawienie USA w roli Imperium) zapewne się zestarzeją, ale tu i teraz robią wrażenie.

Poszczególne postacie są tutaj nie tyle bohaterami, co demonstracjami różnych perspektyw wewnątrz samej Rebelii czy Imperium. Jednocześnie doskonale widoczna jest prawdziwa dynamika sił, to jak z trudem wyrwane przez Rebelię zwycięstwo w ciągu kilku chwil może ulec miażdżącej sile Imperium. Doskonale podkreśla to finalna scena z Vaderem na pokładzie rebelianckiej fregaty.

To wszystko sprawia, że Rogue One jest ewidentnie innym filmem, niż typowe Gwiezdne Wojny. A jednocześnie masa drobnych  decyzji reżysera, scenografa, itp. czyni ten film bardzo gwiezdnowojennym. Masa dużych i małych easter-eggów też nie przeszkadza 😉

Nie jest to przy tym film pozbawiony wad. Bolą szowinistyczne klisze typu „reguła smerfetki” i „kobieta w lodówce” (w obsadzie mamy tylko główną bohaterkę, plus dwie postacie kobiece, które fabularnie musiały być – Mon Mothmę i Leię – ale nie odgrywają istotnej roli. No i matkę bohaterki, zamordowaną w pierwszych minutach filmu). Jest jedna scena dość głupia (śmierci pary bohaterów, zupełnie zbędnej w tej formie, a przy tym ośmieszającej rzekomo elitarnych czarnych szturmowców, którzy idiotycznie wybiegają z okopów prosto pod ciężki ostrzał). Jest scena zbędna (tentacle porn zamiast normalnego przesłuchania, które dałoby ten sam efekt fabularny).  Jest kilka drobnych niezdarności. (Korweta Hammerhead? Serio? Transportowce jako element dużej bojowej floty Rebelii? Przecież to ruchome tarcze strzeleckie!) Komputerowy Tarkin i komputerowa Leia miejscami boleśnie odstają od normalnych aktorów. (Zwłaszcza w przypadku tego pierwszego dałoby się to łatwo obejść, gdyby komunikował się przez hologram, zamiast osobiście…) Film jest też odrobinkę za długi i kilka scen można by wyciąć lub skrócić.  Trzeba się w końcu zgodzić na charakterystyczną umowność batalii kosmicznych, których dynamika przypomina bitwy samolotów i okrętów z pierwszej i drugiej wojny światowej.

Tyle, że takie same problemy możnaby znaleźć w klasycznej trylogii, o prequelach czy „Mocy” nie wspominając. Oceniając wg. tych samych kryteriów, Rogue One wypada naprawdę świetnie. Oceniając po prostu jako film, bez gwiezdnowojennej otoczki, wypada równie dobrze (w odróżnieniu od „Mocy”, która była niezłym filmem, ale kiepskimi gwiezdnymi wojnami.) Zdecydowanie polecam 🙂

P.S. Spotkałem się z marudzeniem na to, co miało ulec zmianie w dogrywkach. Nie wiemy, jak wyglądałby tamten film. Wiemy jak wygląda ten. I ten mogę ocenić, bez porównywania z fantazjami n.t. tego co by było gdyby.

Ocena końcowa: 8/10 gorąco polecam

Author: admin

Share This Post On