Recenzja: Scott Lynch, Kłamstwa Lockego Llamory

Kup tą książkę. Przetnij ją ma pół. Wyrzuć drugą połówkę – dostaniesz jedną z najlepszych powieści fantasy ostatnich lat.

Kup tą książkę. Przetnij ją na pół. Wyrzuć pierwszą połówkę – zostaniesz z podłej klasy podróbką klasycznych już przygód Fafharda i Szarego Myszaka z Lankhmarku.

Nie mogliśmy znaleźć fotki do tej książki :)

Nie mogliśmy znaleźć fotki do tej książki 🙂

Sądzę, że jeszcze wiele lat minie, zanim uda mi się zrozumieć, jak jeden autor mógł najpierw napisać tak świetną książkę… A potem tak ją spartaczyć! Świetny rys postaci, tworzenie ogromnego tła, doskonała kontrola nad przerywaniem fabuły w najbardziej emocjonującym momencie – wszystko to w pewnym momencie idzie do piachu, razem z 95% obsady, której historię wcześniej czytaliśmy z zapartym tchem.

Nie zrozum mnie źle – cenię autorów, którzy potrafią zabić swoje postacie. George R. Martin ma za to u mnie ogromnego plusa – czyni to lekturę jego Pieśni Ognia i Lodu niesamowicie emocjonującą, gdyż niczego nie można być pewnym.

Tyle tylko, że u niego te śmierci coś znaczą. Przynajmniej zwykle.


U Lyncha, postacie giną na lewo i prawo, wątki fabularne, które były wcześniej z nimi związane zawisają niezrealizowane w powietrzu, a czytelnik – no przynajmniej ja, gdy byłem czytelnikiem – zastanawia się dlaczego, u licha, marnował wcześniej czas na czytanie historii tych postaci i tych wątków, skoro i tak wszystkie zostały przez autora wyrzucone?

To niemal tak, jakby autor doszedł do pewnego momentu, przeraził się tego, co stworzył, nie wiedział gdzie to poprowadzić dalej, więc zaczął ciąć. Gardła postaci.

Z perspektywy rozwojowej – to idealny przykład na improwizacyjne blokowanie i anulowanie. Oraz na to, jak wkurzające potrafią być.

Szkoda, bo książka ta mogła być naprawdę dobra.


P.S. Jest druga część. Spojlerując, kończy się zapowiedzią rychłej śmierci jednej z postaci. Wow, cóż za zaskoczenie…

Author: admin

Share This Post On