Czy da się dobrze zrecenzować planszówkę po jednej partii?

Mam od jakiegoś czasu dyskusję ze znajomym planszówkowcem, który potrafi się irytować gdy sprowadza jakąś grę, rozgrywamy ją, po czym ja często po jednej rozgrywce czuję się gotowy by zrecenzować taki tytuł. Wymian w temacie mieliśmy już tak wiele, że mam aż chęć przełożyć tą kwestię na papier. Choćby i elektroniczny.

Temat dyskusji jest prosty: czy naprawdę potrzebujemy zagrać w daną grę więcej niż raz, aby być w stanie ją sensownie ocenić?

Klasyczny argument za tym stanowiskiem, to kwestia złożoności. W grze rzeczy mogą się różnie ułożyć, pewne mechanizmy mogą być złożone, czasami dopiero za kolejnym z rzędu podejściem będziemy w stanie objąć pełnię tego co gra oferuje. Jeśli tylko popracujemy, postaramy się, gra nam to wynagrodzi.

 

Mam ogromny problem z tym argumentów, z szeregu powodów.

 

Po pierwsze, to taki trochę „special pleading”, trik retoryczny polegający na wymaganiu wyjątkowego traktowania jednego elementu kategorii, w odróżnieniu od innych.

Bo recenzenci filmowi nie oglądają tego samego filmu kilka razy przed napisaniem recenzji. (Mogą oglądać i analizować klasyczne filmy wielokrotnie, owszem, ale to inna kwestia, do której jeszcze wrócimy.)

Recenzenci gier komputerowych raczej nie przechodzą ich wielokrotnie przed napisaniem recenzji. (Wyjątkiem są niektóre rogue’like’i i inne bardzo krótkie gry. Jednak i w planszówkach „krótkie” gry faktycznie rozgrywane są często kilkukrotnie w ramach jednej sesji.)

Recenzując książkę nie będziesz jej czytać kilkukrotnie przed napisaniem recenzji. Pojedyncze przeczytanie w pełni wystarcza.

Recenzując sztukę czy koncert nie będziesz na tej samej widowni wielokrotnie… O recenzji seriali nawet nie wspominając!

Nawet w przypadku recenzji restauracji nie oczekujemy by recenzent bywał w lokalu wielokrotnie i próbował absolutnie wszystkich dań! Przystawka, danie główne, deser, często nawet mniej, już stanowią podstawy recenzji.

A przecież w każdym z tych przypadków kolejne obcowanie mogłoby faktycznie wskazać nowe wzorce. Smaczki przeoczone za pierwszym razem. Aluzje i odnośniki. Drobne zagrywki. Wahania jakości między kolejnymi powtórzeniami.

Czemu więc planszówki miałyby podlegać innym standardom?

 

Nie jest to na pewno kwestia czasu. Jasne, niektóre gry komputerowe wymagają faktycznie kilkunastu-kilkudziesięciu godzin. Ale pojedyncza partia dłuższej planszówki potrafi spokojnie zająć 3-4 godziny. To dłużej niż większość filmów czy sztuk teatralnych, porównywalnie z koncertami, niektórymi serialami w bingewatchu, z częścią gier komputerowych, zdecydowanie podobny czas jak lektury większości książek. Gdyby partia danej planszówki zajmowała 30 minut, oczekiwanie kilku rozgrywek byłoby bardziej uzasadnione, ale przy 3-4 godzinach robi się tego już sporo. Tym bardziej, że dla miażdżącej większości recenzentów (w odróżnieniu np. od recenzentów filmowych)… nie jest to płatna praca! Czemu więc oczekiwać od takich osób, że będą wielokrotnie grali w coś, co od początku sprawia wrażenie badziewia, byle tylko może, potencjalnie odkryć, że przy dziesiątej rozgrywce jest odrobinę mniej badziewiem?

 

Recenzenci poświęcają część swojego życia. Oczekiwanie, że będą poświęcali go kilkukrotnie więcej na coś, co już na początku wydaje się być po prostu słabe? Delikatnie mówiąc: roszczeniowe!

 

A przy tym dość absurdalne z innego powodu – oczekiwania podobnych zachowań od graczy. Z jakiegoś powodu gracze wydają się wciąż, jako kultura, tkwić w latach 80/90-tych ubiegłego wieku. W czasie gdy gier było niewiele, ale i tak były czymś angażującym, więc przyzwyczajano się do wad i ograniczeń jakie ze sobą niosą. Jeśli gra miała kiepskie reguły – zmieniano je przy użyciu „house rules”. Jeśli była trudna do ogarnięcia – grało się raz, drugi, dziesiąty. W końcu się zrozumiało. W końcu co było innego do roboty, gra w Ponga?

Takie podejście zostawiło ze sobą sporą tolerancję względem gier. Oczekiwanie, że w sumie jest w porządku najpierw zainwestować kilkadziesiąt godzin, by gra okazała się dobra.

 

Tyle tylko, że od tego czasu świat gier poszedł ‚lekko’ do przodu. Co roku wychodzi kilka tysięcy(!) nowych tytułów. Do tego istnieje już ogromna lista gier, o których doskonale wiemy, że są dobre. Próg, jaki mają pokonać nowe gry po prostu drastycznie rośnie. Nie wystarczy, by były już po prostu dobre – dobrych mamy do wyboru kilka tysięcy, w tym ładnych kilka na półce. Nie wystarczy, by były nawet bardzo dobre. Muszą być świetne, by miały szanse wygryźć z półek coś z tytułów, które już tam zagrzały miejsce. (Oczywiście, ta presja dotyczy przede wszystkim „dłuższych” gier. Mniejsze i prostsze z natury mają mniejsze koszta testowania i zatrzymania na półce.) To podejście, które może mierzić „hardkorowych” graczy, przyzwyczajonych do tej początkowej inwestycji… Ale to podejście podobne do oczekiwania, że dzisiejszy gracz w RTSy siądzie np. do klasycznej Diuny 2 i będzie się męczył z archaicznym interfejsem, „bo to przecież klasyk”. Albo że dzisiejszy czytelnik będzie się zachwycał romantyczną literaturą, którą celowo rozpychano opisami przyrody by wyrobić wierszówkę i przykryć ubóstwo fabularne. Niektórzy się na to dadzą kupić, ale większość machnie ręką – i słusznie!

Skoro więc typowy gracz nie będzie gotowy inwestować w „odpowiednie poznanie smaczków” danej gry, dlaczego miałby to robić recenzent? Chyba, że celuje konkretnie do publiczności „hardkorów” gotowych na podobny wysiłek…

 

No dobrze, ale czym w takim razie recenzent różni się od totalnego laika, który po prostu siądzie i podzieli się wrażeniami z gry (filmu/książki/itp.)?

 

Modelami mentalnymi. Tym, że poświęcił na tyle dużo energii i uwagi danemu medium, że jest w stanie dostrzec pewne wzorce dużo szybciej niż inni. Tak jak w wypadku dowolnej innej ekspertyzy. Doświadczeni szachiści są w stanie dużo szybciej niż laicy ocenić np. poziom danego gracza, albo sensowność określonego zagrania. Doświadczeni programiści potrafią spojrzeć na kod i już wiedzieć, że coś w nim nie gra. Doświadczony recenzent, w swojej dziedzinie, ma w głowie odpowiednią bazę przykładów. To po to np. koneser filmowy wielokrotnie ogląda klasyki i analizuje sceny – analizuje co w danym momencie zastosowano, jakie rozwiązania działają. Podobnie funkcjonuje to w przypadku recenzentów gier. Jeśli poświęcimy dużo czasu na analizę danych mechanik, łatwiej zbudować ich bogate modele i rozumieć kiedy (i w jakim stopniu) działają.

Ba! Będę wręcz twierdził, że doświadczony recenzent (czy po prostu koneser danej dziedziny) będzie w stanie ocenić czy gra jest zła na długo przed skończeniem rozgrywki. Czy jest dobra – to trudniej, bo różne etapy gry rozgrywa się nieco inaczej i gra może mieć np. skopaną końcówkę. Ale rozpoznanie złych rozwiązań będzie dużo szybsze i dużo łatwiejsze – także dlatego, że typowy recenzent będzie miał w głowie dużo więcej punktów odniesienia do nich.

 

Ok, a czy jest jakaś sytuacja, gdy recenzent faktycznie powinien zagrać w grę kilkukrotnie, zanim ją oceni?

 

W mojej ocenie w jednym z czterech przypadków:

  • Po pierwsze, gdy okaże się, że jakiś istotny aspekt reguł został źle zrozumiany. To naturalnie mocno zmienia rozgrywkę i może wymagać weryfikacji.
  • Po drugie, jeśli recenzent ma wciąż mało doświadczenia – modele mentalne są wtedy słabo wykształcone i trudno na nich polegać.
  • Po trzecie, jeśli gra wprowadza mocno nowe mechaniki, odmienne od czegokolwiek, co recenzent zna – trudno wtedy bowiem sięgać do jakichś modeli mentalnych, trzeba je dopiero zbudować, a kolejne rozgrywki w tym pomogą.
  • Po czwarte, jeśli podejrzewamy, w kontakcie z mechaniką, że gra może się źle skalować, warto rozegrać partie w innych zestawach graczy – raz na 2 osoby, raz na 4, raz na 6, by sprawdzić. Dotyczy to jednak już raczej tych gier, które pod innymi względami są dobre.

Oprócz tego można oczekiwać kilku partii gdy gra jest po prostu krótka. Typowi gracze i tak będą zwykle próbowali kilku partii w takiej sytuacji, nie ma tu więc większej różnicy między ich zachowaniem, a zachowaniem recenzenta. Przez analogię – w restauracji z tapas krytyk kulinarny spróbuje więcej rzeczy, niż w typowej restauracji francuskiej.

 

Swoją drogą, oczekiwanie, że przy kolejnych rozgrywkach recenzent zmieni znacząco zdanie stoi wbrew efektowi potwierdzenia, dysonansowi poznawczemu, selektywnej percepcji i szeregowi innych błędów poznawczych, którym typowo ulegają ludzie. Oczekiwanie, że recenzenci się z tych błędów wyłamią jest zaś, cóż, dość naiwne. Anegdotycznie – gram w planszówki intensywnie od lat. Recenzuje je od lat. I jak przeglądam recenzje, które napisałem, nie mogę znaleźć ani jednej gry, którą oceniłbym dziś istotnie inaczej przez to, że w nią zagrałem dodatkowych kilka razy. Jest szereg gier, które owszem, oceniłbym inaczej – ale dlatego, że mam bogatsze porównanie i mogę ocenić jak dane mechaniki zostały wdrożone tam, a jak w innych tytułach. Są gry, które były atrakcyjne dla mało doświadczonego gracza, a z poznawaniem kolejnych i usprawnieniem modeli mentalnych stają się za mało wyzywające. Natomiast nie zdarzyło mi się odkryć, że dana gra jest lepsza/gorsza, bo zagrałem w nią dodatkowych kilka razy.

Ale hej, może są jacyś hipotetyczni recenzenci -nadludzie, odporni na błędy poznawcze 😉